Timeo

 


Jeżeli przegram i upadnę, czy pomożesz mi wstać?

—----------------------------------------------------

Światło z nieokreślonego źródła tworzyło niewyraźny blask na końcu czarnego tunelu. Tunel, który zbudowano na obietnicach, że jak tylko przekroczysz jego próg, wszystko będzie już dobrze. Te niepozorne światło utuli cię do snu, okryje przyjemną pierzynką utraty świadomości i ucałuje cię w czoło na dobranoc.

 

Nie, to nie to. To było światło z innej historii. Tutaj źródłem było ognisko rozpalone na środku zasypanej śniegiem polany. Było ono porządnie zbudowane, ułożone z wielkich szczap drewna, które musiały tu przywędrować wraz z dwiema postaciami, korzystającymi teraz z blasku ognia. Zmęczeni trudami podróży chcieli choć trochę poczuć się ludźmi, w których wciąż płynie ciepła krew. Za nimi tańczyły strachy zrodzone w tańcu światła i cieni, które tworzyły garbiące się karykatury sylwetek falujących wraz z ruchem ognia na wietrze. Otaczały ich drzewa gęstego lasu, które jak sędziwi strażnicy pilnowały tych dziwów wewnątrz polany, ukrytych przed resztą świata.

 

Robert, jedna z osób siedzących przy ogniu, starał się myśleć pozytywnie mimo mroku, zimna i zmęczenia. Przecież wylądował tutaj na własne życzenie; nikt nie przystawiał mu pistoletu do głowy. Chyba że on sam. W końcu był, rzekomo, w swoim żywiole. Znany w całym kraju i okolicach jako “Odkryj-to-Robert”, odkrywca, podróżnik, a nade wszystko osobistość internetowa. Trzeba jednak przyznać mu szczerze, że nigdy nie był w miejscu tak odizolowanym od reszty cywilizowanego świata.

 

Przywiodła go tutaj obietnica odkrycia ‘czegoś niesamowitego”, którą dostał od anonimowego członka jego internetowej społeczności. Ów członek wpłacił na tę ekspedycję mnóstwo pieniędzy, co oczywiście oznaczało mnóstwo najwyższej jakości wideo-kontentu na jego kanale. Kilka tysięcy kilometrów później wylądował w miejscu, gdzie był pewny, że ludzka stopa nigdy wcześniej tu nie powstała, kurwa mać. Jak na ironię, było zbyt zimno, żeby nagrać coś sensownego, przecież nie mógłby trząść się przed kamerą jak jakiś amator. Po co mu to wszystko było? Na szczęście budżetu wystarczy jeszcze na wygenerowanie całej eskapady w AI. W cieplutkim studiu nagraniowym.

 

Ciszę, którą rozrywał mroźny wiatr z gatunku tych przenikających aż do kości, w końcu przerwał, by odezwać się do drugiej osoby przy ognisku. “Ingrid, czy jesteś pewny, że jesteśmy na dobrej drodze?” zapytał swojego towarzysza. Twarz porysowana niezliczoną ilością bruzd; każda z nich opowiadała inną historię zmagań z wiatrem i znojem. Zwróciła się wprost do niego. Nie była przyjazna ani nie wyrażała zainteresowania rozmową; bardziej skupiała się na ponurym wyrazie twarzy. Lokalny przewodnik, jedyny, z którym znalazł wspólny język, został zatrudniony jeszcze na początku podróży do tego miejsca, zapomnianego przez czas i los. Ingrid. Nie mógł być tu wcześniej, ale jako przewodnik powinien powiedzieć coś pokrzepiającego.

 

“Ha? A, mhm”. To było na tyle. Człowiek kilku słów. “Jutro na miejscu, Twoja mapa tak mówi”, dodał, po czym ułożył się wzdłuż ogniska. Jako przewodnik z najwyraźniej dużym doświadczeniem posiadał zdolność do równoczesnego spania i cyklicznego dokładania do ognia, dzięki czemu Robert czuł się zwolniony z nocnej warty. Pal licho, co mogło czaić się za drzewami.

 

“No dobrze”, podróżnik przemyślał po raz kolejny swoją sytuację i zadecydował, że jedyne, co teraz może zrobić, to położyć się spać. Gdyby tylko była taka możliwość, żeby przytulić się do tego przyjemnego ognia. No dobrze…

 

Robert długo jeszcze nie mógł zasnąć. Dało mu to sposobność, by część nocy spędzić na przyglądaniu się zdjęciu swojej narzeczonej, Emilii, z trudem wyciągniętemu z kieszeni kurtki. “Gdybyś mogła być tu ze mną”, pomyślał, “może to wszystko nabrałoby jakiegokolwiek sensu”. W końcu jednak ciało poddało się i Robert zasnął.

 

Kilkanaście metrów od ogniska od dłuższego czasu stała niewyraźna postać. Padający śnieg zdążył już pokryć ją całkiem grubą warstwą. Postać w skupieniu obserwowała dwóch podróżników, śpiących, skulonych, przemęczonych. Nagłe uderzenie pioruna rozjaśniło twarz postaci, która łudząco przypominała tę ze zdjęcia Roberta.

 

Gwałtowny hałas wybudził Ingrida z jego snu o dokładaniu drewna do ognia. Natychmiast przyjął pozycję siedzącą, odruchowo łapiąc za siekierę, którą zawsze trzymał w zasięgu ręki. 

- Manny, to Ty? - zapytał głośnym szeptem. Manny to był jego brat. Uknuli bardzo prosty plan. W tym odosobnionym miejscu mieli się spotkać, by bez najmniejszej groźby napotkania świadków zabić i okraść Roberta. Ten pieprzony amator łaził od stóp do głów obładowany drogim sprzętem, wręcz błagał o redystrybucję swoich dóbr. Dzięki pieniądzom ze sprzedaży tych wszystkich fantów nie będą musieli przez długi czas martwić się o jedzenie dla swoich rodzin. Udawanie znawcy okolic przez kilka dni, a później morderstwo z zimną krwią to była mała cena za to. Jest Manny, więc ta robota zaraz się skończy i Ingrid będzie mógł wrócić do ciepłego domu. Tak bardzo nienawidził śniegu, że rzygać mu się już nim chce, musi polecieć na zasłużone wakacje.

 

- Manny, odezwij się, pacanie - Ingrid już podniósł głos - to nie czas na podchody. 

Poczuł ulgę, gdy w końcu ujrzał uśmiechniętą twarz towarzysza, ukrytą w cieniu kilka metrów od ogniska. 

- Na żarty ci się zebrało, głąbie. Dobrze, że jesteś. Bałem się, że w tej zamieci nigdy się nie znajdziemy. Chodź szybko, miejmy już to za sobą - Ingrid wstał, by w ciszy zacząć przygotowania do popełnienia morderstwa. Głupi turysta spał w najlepsze, on sam się o to prosił. Manny podszedł. 

 

Co jest kurwa! - Ingrid krzyknął, kiedy ujrzał głowę Mannego trzymaną wysoko w ręce przez jakąś kreaturę. To coś musiało być człowiekiem, stało na dwóch nogach, ale przypominało raczej ofiarę utonięcia. Poszarpane łachmany swobodnie poruszały się na wietrze, przykrywając zdeformowane ciało pokryte ranami, przypominające ofiarę trądu. Nagły przypływ adrenaliny podpowiedział Ingridowi, by krzyknął: „Odejdź, Elfie! - łapiąc za płonącą szczapę drewna i ciskając nią w stwora. Pocisk przeciął powietrze i zgasł jak zapałka wrzucona w śnieg.

 

Tak jak przed sekundą Ingrid miał przed sobą zjawę, tak teraz znów stał zupełnie sam. Był tylko on, ognisko, śnieg i ciemność, która go otoczyła, tak że mógłby przysiąc, że czuje jej gorzki smak. Czuł się bardzo samotnie. Chciałby przytulić swojego młodszego brata, który nie chciał iść na tę akcję. Przekonała go jednak możliwość kupienia wszystkich potrzebnych rzeczy dla jego czwórki dzieci, no i piątego w drodze. Piąty syn miał nazywać się Sako. Po ojcu Mannego i Ingrida.

- Ingrid, bracie, boję się - wyszeptał mu do ucha głos Mannego. Ingrid odwrócił się gwałtownie.

—-----------------------------------------------------------------

 Jeżeli przegram i upadnę, czy będziesz się ze mnie śmiać?

 —-----------------------------------------------------------------

 

Krzyk zbudził Roberta. Ten, półprzytomny, zerwał się na równe nogi, balansując przy tym na granicy koszmarnego snu i koszmarnej jawy. Rozejrzał się, ale noc trwała w najlepsze. Nie widział wiele przez padający śnieg i dogasające ognisko, ale wystarczająco dużo, by stwierdzić, że został sam.

- Ingrid! - Krzyknął, rozpaczliwie próbując odszukać wzrokiem swojego przewodnika. 

Tak, z całą pewnością był sam. 

 

Znowu rozległ się krzyk, nie pozostawiając przy tym już żadnych wątpliwości, że należał do Ingrida. Słychać go było coraz mniej wyraźnie, jakby oddalał się z bardzo dużą prędkością, co było niemożliwe w tym gęstym, pokrytym śniegiem i ciemnością lesie. W końcu krzyk zamarł. - - Ingrid… - Robert próbował mówić, ale słowa stawały mu w gardle; strach łapał za płuca. Serce panicznie łomotało, jakby chciało wyrwać się z klatki piersiowej i biec za Ingridem. Robert z wielkim trudem łapał kolejne oddechy, czując, jakby zaraz miał utonąć. Został nagle całkiem sam; coś stało się z jego przewodnikiem i uciekł, co bez wątpienia oznaczało, że zostawił go w wielkim niebezpieczeństwie. Nie mógł choćby w przybliżeniu określić, gdzie się teraz znajduje. Był przeraźliwie daleko od domu. Stres zaczął mącić mu w głowie; obraz stał się rozmyty; mgła przykryła mu wzrok. Upadł. Przestał widzieć. Okryła go ciemność. Był sam.

 

—--------------------------------------------------------------

 

Robert odzyskał przytomność. Nie było żadnej możliwości, żeby ocenić, czy minęła godzina, czy doba. Warunki pogodowe gwałtownie się poprawiły, a słońce przepięknie mieniło się w śniegu, tworząc kolaż tańczących kolorów, jakby las był teraz wyścielony dywanem drogocennych klejnotów. Nie było już ogniska; większość sprzętu również zniknęła. Robert skulił się do pozycji embrionalnej; ani mu się nie śniło ruszyć dalej.

- Ingrid, jak mogłeś mnie tak zostawić? - mówił, podczas gdy swobodnie spływały mu po twarzy łzy. “Odkryj-to-Robert”, znany na cały kraj podróżnik, który posiadał niezliczone pamiątki po wspaniałych przygodach, a jego filmiki fani oglądają z nabożeństwem, marząc o podobnym życiu.

 

Robert tak leżał w miejscu, które kiedyś było ogniskiem, choć może tak naprawdę nigdy go nie było. Patrzył na te szmaragdy i diamenty, które przykryły cały świat. Poczuł na ciele ciepło promieni słonecznych. W końcu odzyskał spokojniejszy oddech.

“Nie, nie skończy się to w taki sposób, nie pozwolę na to”, pomyślał, po czym podniósł się najpierw na kolana. Rozglądał się, szukając czegoś, na czym mógłby zawiesić swoje spojrzenie i całą swoją wewnętrzną nadzieję. Na szczęście Ingrid zostawił po sobie wszystko, włącznie z plecakiem zawierającym mapę i siekierę, o której Robert nie mógł wiedzieć, że całkiem niedawno miała zakotwiczyć w jego szyi.

 

Mapa. Mapa, którą otrzymał pocztą od nieznanego darczyńcy. Wyglądała na wyjątkowo stary bibelot, co nadawało jej aurę tajemniczości, a przede wszystkim autentyczności. Właśnie ta autentyczność popchnęła Roberta do tego, by zgodzić się na taką wyprawę w ciemno. Nie znał się na tym, ale miał wrażenie, że niemożliwe byłoby spreparowanie tak dobrego falsyfikatu. Mógł zawsze pójść do rzeczoznawcy, ale zbyt dużo widział w swoim czasie programów o licytacjach, drogich eksponatach gnijących na dnie zapomnianych przechowalni i znawcach każdego tematu, którzy jedyne, o czym marzyli, to kupić tanio, by sprzedać drogo. 

“Niech się gonią”, myślał wtedy Robert. Miał w końcu swój rozum. 

Zauważył teraz, że Ingrid dodawał na mapę swoje notatki. Nagłe olśnienie go przeraziło, bo przez całą podróż szli w złym kierunku. Seria krzyżyków postawionych przez jego przewodnika udokumentowała każdą udaną próbę wyprowadzenia go na manowce. Krzyżyki przedstawiały kolejne dni podróży; każdy z nich coraz bardziej zbaczał z drogi, aż do ostatniego krzyżyka, zapewne tam, gdzie nocowali dnia wczorajszego. 

 

Nad ostatnim krzyżykiem Ingrid zaznaczył kilka kółek oraz datę. Jak się nad tym zastanowić, Robert nie kojarzył, żeby Ingrid cokolwiek pisał na mapie w trakcie wyprawy ani żeby miał ze sobą długopis. 

- Co Ty kombinowałeś? - Robert zapytał na głos. Czy to nagłe zniknięcie było zaplanowane? To byłby wyjątkowo chory żart. A co, jeżeli Ingrid specjalnie poprowadził go na manowce, by następnie uciec prosto do prawdziwego celu, bo wiedział coś, o czym Robert nie miał pojęcia? Czy właśnie uciekała mu szansa na odkrycie prawdziwego skarbu, niewyobrażalnego bogactwa, o którym lokalne ludy opowiadały sobie legendy, a Robert właśnie za darmo podsunął drogę do niego lokalnemu cwaniakowi? Tylko dlaczego Ingrid zostawił za sobą cały ekwipunek? Pewnie żeby iść szybciej, skurwysyn wszystko sobie pięknie zaplanował. Robert zdążył już zapomnieć o strachu i samotności. Musiał się spieszyć; czekało na niego bogactwo i nie miał zamiaru dać mu tak po prostu przejść obok jego nosa. Złapał za swój plecak, by po krótkim namyśle wywalić z niego większość rzeczy. Kamery, laptop, cała elektronika i wszystko, co mogłoby go spowolnić, wylądowały w śniegu. Wróci po to albo po prostu kupi sobie lepsze rzeczy za majątek, który na niego czekał. Jeszcze tylko złapał za siekierę i pobiegł w kierunku celu, a przynajmniej tak mu się wydawało.

 

—-----------------------------------------------------------------

 Jedyne, czego chciałem, to dowiedzieć się, co tam jest.

 —-----------------------------------------------------------------

 

Opuszczony obóz przez jakiś czas obserwowany był przez zjawę, która łudząco przypominała Emilię. Z jej ust nie wydobywał się miarowo obłoczek pary, który charakteryzuje oddech żywej osoby. Nie miała na sobie ciepłego odzienia, a nie marzła. Stała w milczeniu, by w końcu podejść bliżej. W miejscu, gdzie jeszcze niedawno stał Robert, stała teraz ona. Pochyliła się, by odnaleźć mikrony jego zapachu. W końcu poczuła woń strachu, zmieszaną z nieświeżymi ubraniami i całkiem świeżą domieszką odwagi głupca. Złapała trop i niespiesznie udała się mniej więcej w tym samym kierunku, w którym znajdował się jej cel. Gdyby mocno się wsłuchać, można by usłyszeć cichy płacz.

 

—-----------------------------------------------------------------

 

Pukanie do drzwi. Bardzo nowocześnie urządzone mieszkanie w centrum miasta, zamieszkane przez Emilię i Roberta, którego teraz oczywiście nie było. Osamotniona Emilia siedziała w za długim swetrze przy biurku, pracując w skupieniu przy laptopie. Letarg, w którym się znajdowała, został przerwany przez głośne pukanie. Wstała, poczuła przyspieszone uderzenia serca. Czekała na to pukanie.

- Pani Emilia Nowak? - zapytał policjant stojący w korytarzu, cały przemoknięty. Ulewa od wielu dni zalewa miasto, jakby odzwierciedlała nastrój jego mieszkańców.

- Tak…

- Nie będę owijać w bawełnę, niestety, ale chodzi o Pani męża, Roberta Nowaka - policjant zwrócił uwagę, że twarz Emilii pozostała spokojna.

- Wiem.

 

Ciało Roberta znaleziono w centrum miasta. Poturbowane, jakby skoczył z wysokiego piętra wieżowca. Jednak żaden wieżowiec, z którego mógłby skoczyć, nie był wystarczająco blisko.

 

—---------------------------------------------------------------------

 

- Mam Cię, nie wymkniesz mi się teraz - krzyknął Robert, gdy w końcu zobaczył ludzką sylwetkę przed sobą. Od dłuższego czasu byli tylko on i śnieg, który znów zaczął padać z zawziętością godną lepszej sprawy. Nagle, zamiast ludzkiej sylwetki, jego oczom ukazała się jaskinia, jakby wyjęta z filmu przygodowego. Mógłby postawić wszystkie swoje pieniądze na to, że właśnie ona była celem jego wędrówki, a teraz i ucieczki oszusta Ingrida. Ingrid oszust. Ingrid kłamczuch. Ingrid farbowany lis. Robert głośno się zaśmiał na samą myśl o wszystkich przydomkach, które jego były przewodnik dostanie od swoich fanów. Oczywiście, olbrzymia większość będzie bardziej dosadna i zahaczająca o rasistowskie komentarze dotyczące koloru jego skóry oraz jego pochodzenia.

Z jaskini czuć było delikatną nutę ciepła. Ciepło. Dom. Emilia. Robert, mimo kresu swych sił, mimo oznak odwodnienia i przytłaczającego głodu, z uśmiechem zmuszał nogi, by wlokły go dalej, prosto do jaskini. Jeszcze tylko kilka kroków. Rozprawi się z Ingridem, odkryje należny mu skarb, znajdzie samolot do domu. Brzmi jak bardzo prosty i logiczny plan; wystarczy tylko zmusić nogi do jeszcze kilku kroków.

 

Po przekroczeniu progu jaskini Robert poczuł gwałtowną zmianę klimatu. Śnieg już nie mógł go dosięgnąć; mógł znów poczuć przyjemny dreszczyk ciepła rozchodzący się po całym ciele. Ten dreszczyk ciepła dodał mu kolejny zastrzyk odwagi, której teraz bardzo potrzebował, a nigdy nie miał w nadmiarze. Jak bardzo zaskoczony był, gdy po kolejnych, już lżejszych krokach natrafił na drzwi. 

 

Metalowe drzwi, które lepiej pasowałyby do odbioru dostaw w sklepie w centrum miasta. Nie natrafił na żadne oznaki cywilizacji przez dziesiątki kilometrów, co dopiero mówić o miejscu, gdzie byłaby potrzeba wstawienia drzwi. 

- Co tu się odpierdala? - powiedział na głos i czuł, że jego umysł miał duży problem z przyswojeniem tego widoku. Poczuł zawroty głowy. Szukał oparcia, by nie przewrócić się, i traf chciał, że znalazł je w klamce tych nieszczęsnych drzwi. Naparł na nią całym swoim ciężarem, a te wyraźnie lekkie, dobrze naoliwione nie stawiały żadnego oporu. Otworzyły się na oścież. 

 

Widok wystarczał, by postawić Roberta na nogi. Jakkolwiek niedorzecznie to brzmi, musiał trafić do jakiegoś innego wymiaru albo po prostu oszalał, bo stał pośrodku galerii handlowej. Rozciągał się przed nim korytarz z pawilonami sklepowymi w ścianach. Korytarz szedł lekko w górę i co jakiś czas zaginał się pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, tworząc spiralę wznoszącą się ku górze. To musiała być jakaś iluzja optyczna, bo Rober nie widział ani dachu, ani parteru budynku, tylko bezkres wiecznie wijącego się korytarza. 

- Gdzie ja jestem? - powiedział do siebie. 

- Jesteśmy w sklepie. Co ci się stało? Znowu coś paliłeś? - odpowiedziała kąśliwie Emilia, która stała tuż obok niego. 

- Emilia? Co… co Ty tutaj robisz? Byłem w jaskini. Miałem właśnie odkryć skarb i pokonać tchórza Ingrida. Boże, jak ja za Tobą tęskniłem, kiedy tu przyjechałaś? Zabierzesz mnie do domu?

- Robert, dziwnie się zachowujesz. Przestań mnie straszyć, durniu. Znowu brałeś jakieś gówno z Internetu na ataki paniki? Mówiłam Ci, idź w końcu do prawdziwego lekarza.

Emilia zamknęła oczy w poszukiwaniu wewnętrznego spokoju. Odgoniła dłonią niewidzialne demony i powstrzymała się przed głośnym opieprzaniem Roberta w galerii, wśród tłumu.

 

Znowu by później narzekał, że ktoś to zobaczył i zrobił dramatyczną relację na wykopie.

- Nie, nie dam się znowu wplątać w te Twoje gierki. Zaraz wyjdzie, że nagrywasz mnie do filmiku albo coś. To miał być wesoły wypad, chodź! - Emilia gwałtownie zmieniła wyraz twarzy i uśmiechnęła się. Złapała Roberta i pociągnęła go za sobą w górę korytarza. Robert zauważył, że wszystkie pawilony były zamknięte; zasunięte do połowy stalowe kurtyny kryły za sobą ciemność. Emilia jednak musiała wiedzieć coś więcej, bo ciągnęła go coraz wyżej.

- Emilio, ja nie żartuję. Jaki mamy dzień? Przecież ruszyłem w podróż dwudziestego stycznia. Teraz powinien być luty, prawda? - Robert zaczął panikować i raptownie wyrwał rękę z uścisku Emilii. Nie zrobiło to na niej wrażenia, bo nadal szła naprzód. Robert nie widział już jej twarzy, ale pod kątem dostrzegł, że zaczęła się zmieniać. 

 

Idąc za nią, rozglądał się za jakimś sensem w tym chorym żarcie. Podszedł do najbliższego pawilonu i spojrzał w jego czeluść. Był pewien, że nawet z noktowizorem nie zobaczyłby niczego, co jest w środku. Ta ciemność była niemożliwa do spenetrowania i, tak całkiem szczerze, miał poczucie, że zaczyna do niego szeptać. Wstrząsnął głową, odwrócił się do pawilonu plecami.

 

- Powiedz… - nie dokończył zdania, bo Emilia, która przed nim stała, nie była już tym samym. Widział kiedyś filmik o tym, jak martwe ciało ludzkie rozkłada się pod ziemią. Właśnie tak Emilia teraz wyglądała, jakby spędziła kilka miesięcy martwa pod ziemią, jakby stała się upiorem uformowanym z najgorszych koszmarów Roberta. Na filmiku nie udało się oddać najgorszego: zapachu zwłok. Przeszywającego, okropnego zapachu zgniłych flaków, trochę słodkiego, ale w taki sposób, który odpycha zmysły i przyciąga muchy. Wnętrzności Roberta skuliły się w geście desperacji; strach zmieszał się z wymiotami. Ból głowy chciał roztrzaskać mu czaszkę na kawałki. Adrenalina, która niosła go przez ostatnie godziny, uleciała w powietrze jak puszczony balonik w akompaniamencie płaczu dziecka.

 

Robert, sam nie wiedząc czemu, odruchowo sięgnął do kieszeni spodni, gdzie miał schowane zdjęcie ukochanej. Spojrzał na nie, mając nadzieję, że może w ten sposób przywoła dawną postać. W przelotnym momencie, który trwał ledwie ułamek sekundy, uśmiechnął się na widok prawdziwej Emilii, ale zjawa nagle pojawiła się tuż przed jego twarzą i wepchnęła go w kierunku pawilonu, który teraz stał otworem. Robert wpadł do środka, upadł i na chwilę zamknął oczy z bólu i strachu.

 

—----------------------------------------------------

 

- Jak to “wiem”? Czy Pani miała z tym coś wspólnego? - reakcja Emilii zaskoczyła policjanta, który odruchowo sprawdził, czy kabura przy pasku spodni na pewno jest tam, gdzie była, i czy trzyma to, co trzymała.

- Przepraszam, nie, nie wiem… znaczy, wiem, czułam to. Byłam tutaj przez cały czas i nagle poczułam wielki ciężar, jakby worek kamieni upadł tuż obok mnie. Czułam najgorsze. Przysięgam, że nie mam z tym nic wspólnego. - Emilia uroniła kilka łez.

Policjant był w stanie w to uwierzyć, zwłaszcza że wcześniej upewnił się, gdzie Emilia Nowak była w nocy. Ochroniarz na parterze był przekonany, że pani Emilia Nowak nie przechodziła przez bramę ani razu w zeszłe popołudnie. Był tego pewien, bo, jak powiedział, pani Emilia, wychodząc z budynku, zawsze do niego podchodziła, by powiedzieć jakiś przelotny żart albo po prostu okazać trochę życzliwości. 

- To jest niespotykane w dzisiejszych czasach, dlatego takich ludzi się pamięta -  powiedział ochroniarz. 

 

Tak, on też nie zapomni Pani Emilii Nowak; pierwszy raz widział, jak ktoś płacze, nie zmieniając przy tym ani trochę wyrazu twarzy.

 

—--------------------------------------------------------------

 

- Co tym razem? - powiedział Robert. Po tym, jak otworzył oczy, zobaczył, że jest w jasnym pomieszczeniu. Poczuł się bardzo zmęczony. Czasem miał już takie poczucie, że o wiele łatwiej byłoby nie istnieć, w tamtym momencie chciałby nie istnieć.

 

Dostrzegł, że jest teraz w swoim mieszkaniu przerobionym na pracownię i studio nagrań. “Przecież muszę wrzucić dzisiaj filmik, a jeszcze jestem w lesie”, pomyślał na widok znajomego miejsca i natychmiast usiadł do laptopa, aby, standardowo w takich momentach, zobaczyć, co konta zza oceanu teraz popularyzują. Jak kraść, to od najbogatszych, jak sobie zawsze powtarzał. Jednak ta mantra uruchamia jednocześnie inny, znajomy mu mechanizm. Wszystko staje się takie nieostre; czuję się jak złodziej, a wszystko, co osiągnąłem, to czysty przypadek. Wreszcie ogarnia go wściekłość, bo ma dość tej pieprzonej presji. Kolejny znajomy objaw: Robertowi zaczęły się trząść ręce. Otworzył szufladę w poszukiwaniu tabletek z Internetu, które zawsze mu pomagały. Emilia wściekała się o nie, ale nie potrafiła zrozumieć, że osoba o jego sławie nie może tak po prostu iść do specjalisty. Co jakby ktoś go rozpoznał? Co gdyby ludzie dowiedzieli się, jakim jest chorym nieudacznikiem? Połknął tabletkę i popił z piersiówki, która leżała obok. Zaraz drgawki ustaną.

 

Światło nagle ulotniło się w kierunku dziury w suficie, jakby było wciągane przez odkurzacz. W przeciągu oddechu Robert stał w kompletnie białym pomieszczeniu, zawieszony w nicości. Był tylko on i Emilia, ta piękna wersja Emilii.

- Skoro nie potrafisz, to dlaczego nie zakończysz tego wszystkiego? – powiedziała obojętnym głosem.

- Słucham? Czego nie potrafię?

- Skoro nie potrafisz tworzyć, być oryginalnym, być czymkolwiek więcej niż tylko miernotą, która kopiuje innych. Po co w ogóle żyjesz? Skocz.

W tym momencie nagle stanęli na szczycie wieżowca. Robert stał plecami ledwo krok od krawędzi. Silny wiatr spychał go, przez co musiał ciągle walczyć, żeby nurt powietrza go nie porwał. Nie odważył się spojrzeć w dół.

- Kochanie, skocz - teraz stała przed nim martwa wersja Emilii - skocz i daj mi spokój. Skocz i daj sobie spokój. Pomyśl, o ile łatwiej byłoby, gdyby Ciebie nie było. Nie martwiłbyś się, jak ludzie zareagują, jeśli nie wrzucisz nowego filmiku na czas. Nie martwiłbyś się, jaka czeka na ciebie kompromitacja, gdy wyprawa, w którą ruszyłeś, okaże się kompletnym fiaskiem. Tak bardzo mi ciebie szkoda. Gdyby ciebie nie było, mogłabym wrócić do bycia sobą. Życie jako twoje koło ratunkowe jest przytłaczające.

- Emilia, o czym ty mówisz? Przecież to wszystko nie tak… – po policzkach Roberta zaczęły spływać łzy. – Naprawdę myślisz, że jesteś tylko kołem ratunkowym? Ja przecież robiłem to wszystko po to, żeby nam było łatwiej. Żebyśmy podróżowali razem, żebyśmy byli cały czas razem.

- To dlaczego nie jesteśmy razem teraz? Dlaczego wyjechałeś i zostawiłeś mnie w domu?

- Bo... – Roberta zamurowało. Mówił prawdę. Kiedy odkrył, że ludzie pozytywnie reagują na jego blog podróżniczy i że Odkryj-to-Robert ma szansę na zarobienie dużych pieniędzy, w głowie miał plan, że będzie to sposób, żeby on i Emilia nie musieli martwić się o przyszłość. Że będą spędzać razem dużo czasu, bez ram czasowych narzuconych przez pracę na etacie. Tylko w którymś momencie to się pomieszało i podróżował sam. Mówił, że to dlatego, żeby podróże miały aurę tajemniczości i survivalu, żeby oglądający nie myśleli, że to wszystko są wycieczki dla par. Ale w sumie sam nie wiedział, w końcu wszystko można zmontować, jak się chce. Może tak naprawdę nie chciał, żeby Emilia widziała, jak bardzo jest słaby. Tak jak na tej wyprawie. Czuł kompletną bezsilność wobec pogody i geografii; jak dziecko dawał się wciągnąć w pułapkę.

- To skomplikowane – w końcu odpowiedział.

- A to nie – martwa Emilia popchnęła Roberta, który natychmiast znów stanął na krawędzi dachu wieżowca. Nie miał szans na reakcję. Zaczął lecieć w dół.

Nie miał w głowie nienawiści do Emilii. Leciał ze znaczną prędkością w dół i patrzył na swoje odbicie w oknach kolejnych, szybko przemijających pięter. Był spokojny. Zanim uderzył w ziemię, przeszło mu przez myśl: „Przepraszam, Emilio. Kocham Cię.”

Wtedy Emilia złapała go za rękę. Znowu był tuż przy krawędzi budynku. Znowu patrzył w oczy żywej Emilii.

- Ja też cię kocham. Spróbujmy jeszcze raz.

----------------------------------

Pukanie do drzwi. W drzwiach stał dokładnie ten sam policjant co wcześniej.

- Pani Emilio, nawet nie wiem, jak zacząć. Okazało się, że ciało, które wcześniej zidentyfikowaliśmy jako należące do pani męża, nie należało do niego. Zachodzę w głowę, co się mogło wydarzyć, przecież nawet zdjęcia robiliśmy. Patrzyłem na te zdjęcia. Wcześniej to był Robert Nowak. Dzięki dokumentom zidentyfikowaliśmy denata jako Ingrida Elfinsoona. Czy to nazwisko mówi Pani coś?

- Nic mi to nie mówi. Przykro mi. Czy wiecie, gdzie jest mój mąż?

- Tak, w ramach śledztwa, czy raczej próby zrozumienia, co tu się wydarzyło, dotarliśmy do pani męża. Jest w drodze do domu; powinien być tu nie później niż za kilka godzin. Niestety, połączenie było zbyt słabe, aby uzyskać więcej szczegółów. Ale proszę się nie martwić. Pani mąż jest cały i zdrowy, na tyle, na ile wiemy.

„Wiem”, pomyślała Emilia. Nie miała podstaw ku tej pewności, ale po prostu tak wiedziała. Wiedziała też, kim jest Ingrid, choć nigdy w swoim życiu go nie spotkała.

- Dziękuję za dobre informacje. Do widzenia.

Emilia zamknęła drzwi, nie czekając na odpowiedź policjanta, i podeszła do szafy w swojej garderobie. Po otwarciu drzwi ukazało się jej coś na kształt ołtarzyka. W jego centrum było małe, z wyglądu wiekowe lusterko. Dookoła było kilka świeczek, piór różnych ptaków i karty tarota.

- – Dziękuję, Kirke, jestem twoją dłużniczką – powiedziała do tej niecodziennej instalacji i delikatnie przekręciła lusterko, odwracając jego powierzchnię ku półce, odgradzając je od reszty świata.

-------------------------------------------------

Duże pomieszczenie o surowym industrialnym wnętrzu. Rzędy stanowisk komputerowych skierowane ku olbrzymiemu ekranowi, trochę jak w auli na uczelni. Na ekranie wyświetlała się mapa świata z różnymi punktami zaznaczonymi w różnych kolorach. Miejsce, w którym Robert był na wyprawie, świeciło się na pomarańczowo. Na większości stanowisk pracowali ludzie w białych kitlach, gdzieniegdzie przechadzali się inni w garniturach. Jeden czy dwóch z nich rozmawiali z ludźmi w mundurach wojskowych. Przy jednym stanowisku wyjątkowe poruszenie.

- Jaki jest status naszego eksperymentu z tym cośtam Robertem? – powiedział mężczyzna w garniturze. Był wyraźnie poruszony. Przy stanowisku siedziała kobieta o długich, rudych, kręconych włosach, w okularach z grubymi oprawkami; dookoła leżały liczne puszki po napojach energetycznych oraz niedopałki papierosów. Najwyraźniej w tym pomieszczeniu nie obowiązywały zasady dotyczące palenia. Naukowczyni pokazywała garniturowi nieskończone rzędy liczb na ekranie.

- Poszło aż zbyt dobrze, szefie – odpowiedziała – udało mu się bez problemu przejść do Rękawa. Ale tutaj kończą się dobre wiadomości. Natknęliśmy się na komplikacje. Dane zaczęły pojawiać się i znikać. Zupełnie jakby coś weszło nam do Excela i zaczęło w nim kompletnie mieszać, że pozwolę sobie użyć takiej metafory. – Narzędzia diagnostyczne zgłupiały, zaczęły raportować, że widzą zwłoki, a później pojawienie się kobiety w Rękawie. W jednym momencie Robert był w Rękawie, w następnym go nie było, a zaraz potem znów się pojawił. Kompletny pierdolnik, szefie. Wydaje mi się, że musimy zrobić krok w tył i wrócić do testów z robotami.

- Ani mi się waż tak mówić, wiesz przecież, że już jesteśmy dogadani z deweloperami? A te mundury, co tu się kręcą, jak myślisz, są tu na wymianie studenckiej, co? Przyszli wypić piwko i pośpiewać przy ognisku. Dorkovitz, czy ja ci wyglądam, kurwa, na organizatora wycieczek studenckich?

- Nie... Przepraszam… – powiedziała Dorkovitz, tonem sugerującym, że to nie jest pierwsza tego typu wymiana zdań pomiędzy nią a jej szefem i że trochę już zaczynały być nudne.

- Dziękuję, a teraz ustabilizujcie te liczby, strumienie nadświadomości, alternatywne kontinuum, rękawy czy jak to teraz nazywacie i przygotujcie się na prezentację w przyszłym tygodniu. Zrobimy konkretne pieniądze na tym, niewyobrażalne pieniądze, takie, że te, które wydaliśmy na podróż tego odkrywcy od siedmiu boleści, będą kroplą w oceanie – powiedział szef i skierował się ku wyjściu. Nagle stanął, przypomniał sobie coś.

- Dorkovitz, pamiętaj, jak zobaczycie tego jebanego słonia, raportuj natychmiast. – powiedział i znowu zaczął iść.