Rozdział pierwszy: przed.
Drogi odbiorco tej wiadomości. Chciałabym zacząć od tego, że moim
najbardziej nieulubionym dniem był piątek. Piątek w domu Łabędzkich był dniem
kolacji rodzinnej. Wtedy też do naszej rodowej posiadłości, gdzie na co dzień
mieszkałam ja, Eleonora Łabędzka, razem z Papą
Bogdanem i mamusią Elżbietą zjeżdżali moi trzej młodsi bracia. Kacper,
Melchior i Baltazar, jakże poetycko, prawda? Baltazar przyjeżdżał ze swoją o
dwadzieścia lat młodszą żoną i, jak chyba możesz łatwo się domyślić, nie była
to jego pierwsza żona. Poprzednią, Jadwigę, bardzo lubiłam. Była dla mnie miła.
Pytała mnie, co słychać i czym się ostatnio zajmowałam. Niestety, nigdy z tego
nie wywiązywała się żadna większa dyskusja, bo papa nigdy nie chciał, żebym
zajmowała się czymkolwiek pożytecznym czy ciekawym. Mówił, że to nieeleganckie
u kobiety o moim statusie społecznym, żeby imać się trywialnych zajęć. Ale na
to, że córki jego znajomych dostały po organizacji charytatywnej do
zarządzania, już nic nie ma do powiedzenia. Cały papa.
No więc Baltazar w pewnym momencie stwierdził, że Jadwiga nie nadąża za
jego wciąż młodzieńczym temperamentem i odszedł, mówiąc jej na pożegnanie, że
musi odpocząć od bycia w związku. Trwało to jakiś miesiąc, zanim okazało się,
że jego sekretarka, Alba, jest z nim w ciąży. A że papa, jak sam mówił, jedyną
rzeczą, której nienawidził bardziej od przeklętych komunistów, to bękarty w
rodzinie, Baltazar dostał w try miga rozwód kościelny, by zaraz mieć kolejny
ślub z kobietą, co jak się urodziła, to on sam już kończył studia. Proboszcz,
serdeczny przyjaciel papy, który często przychodził do nas na brydża, a z papą
zdążyło mu się też wyjeżdżać na wycieczki do Tajlandii, by nawracać jakichś tam
lejdibojów, dowiedział się, że Baltazar zasługuje na kościelny rozwód, bo
Jadwiga nie wywiązywała się z obowiązków małżeńskich. Straszne. Nigdy nie
posądziłabym Jadwigi o żadne niedociągnięcia. Dlatego papa zawsze powtarzał, że
zaufanie do ludzi spoza rodziny jest jak kupowanie kota w worku. Lepiej wydać
te kilkanaście tysięcy więcej i kupić coś pewnego i ładniejszego.
I teraz co piątek siedzę na kolacji z Albą, która traktuje mnie jak
powietrze, podobnie jak Baltazar, a jak odezwę się bezpośrednio do niej, to
krzywi się, jakby napiła się zimnej kawy bez cukru. Lafirynda z niej. Czasem, gdy
ją widzę, nachodzą mnie nieprzyjemne myśli, że chciałabym powiedzieć jej, co
myślę o jej zachowaniu i ogólnej ogładzie, a raczej jej braku. Ale to jeszcze
nie jest najgorsza część piątkowych kolacji.
Kacper i Melchior, trzydziestoletni bliźniacy. Dusze towarzystwa, hultaje,
co przejmują władzę nad każdym pokojem, w którym się znajdują, oczywiście, o
ile nie ma tam papy. Nawet nie wiem, czy skończyli jakieś studia, ale jakąś
smykałkę mają, bo pracują w firmie ojca, oczywiście nie na tak wysokim
stanowisku jak Baltazar, i ciągle próbują wprowadzać nowe pomysły do rodzinnej
firmy produkującej zegarki. Swan Watches. Międzynarodowa marka, która zaczynała
jako malutki zakład mojego pradziadka i dziadka. Dzięki papie firma pojawiła
się na salonach, a każdy szanujący się biznesmen i celebrytka musiał mieć
kilkanaście różnych zegarków ze srebrnym łabędziem. Ja nie mam takowego, ale to
dlatego, że Swan Watches nigdy nie wyprodukowało żadnego zegarka damskiego.
Papa zawsze mawiał, że jak kobieta chce sprawdzić godzinę, to ma od tego
nadgarstek męża. Papa zawsze wiedział, co powiedzieć.
Także Kacper i Melchior zawsze wpadali na piątkowe kolacje jak kula ognia.
Jak agenci chaosu, zawsze coś musieli namącić. A to przyjdą z nową towarzyszką,
czasem kilkoma naraz. Kiedyś zdarzyło im się nawet przyjść z towarzyszkami,
które tydzień wcześniej przyszły z drugim bliźniakiem. Innym razem wjechali do
domu na pradawnych rowerach, takich z wielkim przednim kołem, całe twarze
wypudrowane mąką. Jeszcze innym razem przyszli razem z członkami popularnego wówczas
zespołu disco polo, którzy najwyraźniej myśleli, że mają zagrać prywatny
koncert, a ci kazali im pić alkohol i opowiadać sprośne dowcipy. Okropne.
Na wszystko, co robili, papa reagował przewracaniem oczu, a mamusia na
każdy ich wybryk cieszyła się, jakby przynieśli do domu puchar wielkiego
szlema. Właśnie, mamusia. Elżbieta to była złota kobieta. W tym całym
zamieszaniu zawsze trzymała fason równie nieskazitelnie jak wprawnie opróżniała
kilka butelek czerwonego wina dziennie dla zdrowotności, jak sama mówiła. W
piwnicy miała prywatną piwniczkę, którą nasz majordomus co tydzień wypełniał
jakimiś nowymi, wspaniałymi trunkami, co by nasza matula mogła dalej pokazywać swoją
duszę podróżniczki. Którą, nota bene, była, zanim zatrudniła się w Swan Watches
jako specjalistka od sprzedaży na rynku azjatyckim, w czym była równie dobra
jak w rozpalaniu do czerwoności serca papy, który podobno wręcz błagał mamusię,
żeby poszła z nim na randkę. Jeszcze nie był wtedy w pełni właścicielem firmy,
o nie, musiał pokazać swoją wartość i pracować jak najzwyklejszy człowiek, jako
kierownik oddziałów europejskich i amerykańskich, ale już wtedy oferował jej
awanse, dawał drogie prezenty, wysyłał całe wagony kwiatów, co wszystko
Elżbietka kwitowała ironicznym uśmiechem, jak mi opowiadała. Zgodziła się na
randkę po jednej imprezie firmowej, podczas której papa w końcu, jak sam to
określił, siłą odnalazł klucz do jej serca. Pół roku później ożenili się,
chwilkę później pojawiłam się ja i tak niezmiennie kochają się od czterdziestu
dwóch lat.
Także, drogi odbiorco tej wiadomości, był piątek. Siedzieliśmy już od
dobrych kilkudziesięciu minut we czwórkę. Ja, papa, mamusia, Baltazar i Alba.
Syna Horacego nie przyprowadzali na kolację. W zasadzie mam delikatne problemy
z przypomnieniem sobie większej liczby sytuacji, w których syn im towarzyszył.
Głównie musiał spędzać czas w domu z kilkoma opiekunkami i prywatnymi
nauczycielami. Z tego, co mówił Baltazar, Horacy w piątkowe wieczory miał
zajęcia z pianina, języka chińskiego i karate lub innego judo. Tak ciężko było teraz
nadążyć za zainteresowaniami pięciolatków. Także wciąż czekaliśmy na bliźniaków.
Nawet służba zaczęła się niecierpliwić, bo ile można podtrzymywać jedzenie w
optymalnej temperaturze? A przecież jeszcze mieliśmy w programie desery od
kucharza specjalizującego się w kuchni molekularnej. Prawdziwa gratka na nas
czekała. I właśnie wtedy, gdy już wszyscy zaczęliśmy walczyć z przemożną chęcią
ziewnięcia, pojawili się. Ubrani jak klauny w stroje szesnastowiecznej
szlachty, od rajstop, przez falbaniaste ubrania, aż po trupio-blady makijaż.
Ohydztwo! Z jakiegoś powodu świat przecież odszedł od tej mody. Osobiście preferuję
dużo skromniejsze prezentowanie siebie. Na ich widok papie lekko drgnęło oko,
ale zachował fason. Mamusia za to wybudziła się z drzemki, by zacząć klaskać i
śmiać się, jakby właśnie była świadkiem najznakomitszego przedstawienia
komediowego. Tuż za nimi weszła kobieta w podobnym do nich wieku, o
niesłychanie jasnym licu i ubraniu godnym czarownicy z jarmarcznego
przedstawienia. Nie znaliśmy jej, ale czuć było w niej znakomitą pewność
siebie, jakby weszła tu po raz tysięczny. Niebywałe.
- Tato, Mamo, Baltku, Żono numer dwa, Grubciu - wyliczył Kacper, okrążając
stół i nonszalancko rzucając się na swoje ulubione miejsce, tuż obok Alby,
gdzie miał dobry ogląd na reakcje papy.
Nienawidziłam tego przezwiska i chciałabym, żeby papa w końcu wytargał go
za ucho za takie oszczerstwa. Miałam przecież doskonale poprawną figurę i on to
dobrze wiedział, ale nie mógł przepuścić jakiejkolwiek okazji, żeby mi dopiec.
- Mamy dla Was dwie wspaniałe wiadomości. Po pierwsze, zatrudniliśmy nową
szefową social mediów do Swan Watch. Mam zaszczyt zaprezentować Wam tę oto
Florencję. - W momencie, gdy Kacper to ogłaszał, Melchior grał na
wyimaginowanej trąbce, chcąc nadać pompatyczności tej groteskowej scenie.
Florencja stała wyprostowana, nie bała się ani trochę, jakby nie wiedziała, że
stoi przed obliczem najbogatszego i najbardziej wpływowego człowieka w całym
kraju.
- Dobry wieczór. Dostałam zaproszenie na kolację. Mam nadzieję, że to taki
zwyczaj w Swan Watches, a nie oryginalny pomysł Kacpra i Melchiora. Choć po państwa
minach dochodzę do wniosku, że nikt tu mnie nie spodziewał się…
Papa nagle zerwał się na równe nogi, jakby miał wystartować w wyścigu.
Prawie krzyknął - Ależ nonsens! Serdecznie zapraszamy Panią do stołu. W
zasadzie darujmy sobie to panowanie. Nazywam się Bogdan i proszę, czuj się tu
jak u siebie w domu.
To było do niego bardzo niepodobne. Zatrudnienie nowej osoby w firmie przez
bliźniaków to jedno. Papa dawno oddał im do dyspozycji cały dział marketingu,
bo sam uważał, że to najmniej ważny dział w całej firmie, a przynajmniej daje
im jakieś zajęcie. O social mediach wiedział tyle, że ciągle ktoś tam wrzuca
komputerowo spreparowane filmy z najwymyślniejszymi oszczerstwami na jego
temat. Korupcja, zdrady, polityczne gry i nawet przestępstwa, takie jak
morderstwa na zlecenie, handel narkotykami czy żywym towarem. Wszystko,
oczywiście, to były fałszywki i głupie wymysły. Ale to, że tak nagle rzucił
się, by być uprzejmym wobec kogoś zupełnie nam nieznanego, który właściwie
wtargnął do naszego domu, było do niego bardzo niepodobne. Musiał od razu
zobaczyć w niej coś wyjątkowego.
Papa wskazał Florencji miejsce obok Kacpra. Obok niej usiadł też Melchior i
towarzystwo na kolację było w komplecie. Jak zaczarowani, pojawili się lokaje z
kolejnymi potrawami. Przystawki, zupy, liczne dania, napitki i najróżniejsze
przysmaki. Jak co piątek, główną rolę zagrał pieczony łabędź. Papa zawsze o tym
marzył. Niestety, kupno i jedzenie łabędzi były w naszym kraju niedozwolone,
ale w niesłychany sposób udało mu się porozumieć z osobą z otoczenia Jego
Królewskiej Mości z Wielkiej Brytanii, która osobiście pilnowała, żeby co
tydzień pojawiał się u nas świeżo upolowany cud natury, jakim był biały łabędź.
I tak już od prawie roku.
Sekretem poliszynela było, że w przyszłym miesiącu, na corocznej gali
podsumowującej rok firmy papa, planuje zaserwować gościom kilkadziesiąt
pieczonych łabędzi. Papa nie boi się konsekwencji, przecież nie aresztują go za
coś takiego.
Po dość szalonym tempie kolacji, wynikającym z opieszałości moich braci, i
po znakomitym, cudownym pokazie kuchni molekularnej, papa, jak zazwyczaj,
zaprosił całą rodzinę... i Florencję... do saloniku na rozmowy i kieliszek
czegoś wyborowego na lepsze trawienie.
Mamusia przysypiała w fotelu, papa rozmawiał z trójką synów o sprawach
firmy, ja byłam z tych rozmów wyłączona, ale zawsze siedziałam na kanapie obok,
sączyłam cherry i słuchałam wszystkiego. Alba zawsze przeglądała telefon gdzieś
w kącie, popijając najdroższy szampan, na jaki lokaj miał pozwolenie przynieść
jej. Na naprędce dostawionym kolejnym fotelu zasiadła Florencja, która
poprosiła o czystą whisky i z jakiegoś powodu skupiła się na wpatrywaniu się we
mnie.
- Mamy skompletowane pomysły na całe portfolio na przyszły rok. Jeżeli
podejmiemy decyzję teraz, to zdążymy zaprezentować wszystko na gali za miesiąc.
Niestety, musimy w końcu pochylić się nad smartwatchami. Wiem, tato, że
gardzisz nimi, ale pieniądze, jakie zrobimy na nich, to będzie prawdziwy
kosmos. Odkupiłbyś w końcu Eclipse od Abramowicza. Albo sam byś wybudował
jeszcze większy jacht. - Baltazar był prawą ręką ojca i z każdym rokiem miał
coraz więcej do powiedzenia.
Ja, niestety, nie miałam nic do powiedzenia. A gdyby mnie chcieli posłuchać,
powiedziałabym im, że fajnie byłoby, gdyby w końcu zaczęli tworzyć damskie
zegarki. Córki znajomych moich rodziców wydają setki tysięcy rocznie na
garderobę, więcej niż ich partnerzy, to byłaby prawdziwa żyła złota.
- Baltazar. Wiesz przecież, że już nie musisz mnie o takie rzeczy pytać. Za
miesiąc na gali już wszyscy się dowiedzą, że… - papa raptownie umilkł, a ja
poczułam, jak on i Baltazar nagle spojrzeli na mnie. Nie miałam zielonego
pojęcia, co chciał powiedzieć. To była jakaś nowa informacja. Co mieliby
ogłosić na gali? Chciałam o to zapytać, ale nie byłoby to zbyt eleganckie, taka
jarmarczna dociekliwość. Dowiem się na gali. Teraz uśmiechnęłam się i
zapytałam, czy mam zawołać służbę po jakąś dolewkę. Spojrzałam też w kierunku
Florencji, która dalej mnie obserwowała. Uśmiechnęłam się do niej sympatycznie,
ale poczułam, że raczej wyszedł z tego krzywy grymas. Nie czekając na
czyjąkolwiek odpowiedź, Melchior, który musiał zwietrzyć szansę na swoją kolej,
zaczął przemawiać. W międzyczasie zmył z bratem makijaż i założyli zwykłe
garnitury, co sprawiło, że łatwiej było ich traktować jak prawdziwych ludzi.
- Tato, rodzino, czas na drugą wiadomość. Jedziemy jutro na wycieczkę w
góry! Wszystko mamy ogarnięte. jutro rano podlatuje po nas helikopter. Florencjo,
wybacz, ta informacja nie dotyczy ciebie. Florencja machnęła ręką w geście
zrozumienia. Także pakujcie się. Nasze walizki już przywieźliśmy, przenocujemy
tutaj. Listę atrakcji dostaniecie w nagrodę, jeśli ładnie stawicie się na
miejscu o dziesiątej rano.
Mamusia nagle wystrzeliła z fotela, lekko zataczając się, podeszła do
bliźniaków, by ich wyściskać, jakby właśnie przynieśli jej złote runo. Papa i
Baltazar spojrzeli po sobie, by wzruszyć ramionami, najwyraźniej telepatycznie mówiąc
sobie, że mogą sobie pozwolić na taki wyjazd, bo mogłabym przysiąc, że widzę
cień uśmiechu na ustach papy.
- Alba, zbieramy się. Musimy wrócić do domu. Spakujemy się i wrócimy. Jutro
rano wylatujemy.
- Serio? Ale ja mam cały weekend już zaplanowany!
- Plany są po to, żeby je zmieniać. Łabędzcy trzymają się razem. W to
oczywiście wlicza się też podróżowanie i wspólne odpoczywanie. Myślę, że najwyższy
czas, by nauczyć Horacego jeździć na nartach.
- Instruktor jazdy na nartach jest już zatrudniony - wtrącił Kacper,
przepychając się przed Melchiorem, chcąc dać do zrozumienia, że on też brał
udział w planowaniu.
- Znakomicie, młody - Zareagował Baltazar - na coś się czasem przydajecie.
Alba przez chwilę wyglądała, jakby miała coś powiedzieć, ale po kilku, może
kilkunastu sekundach głośno i wyraźnie wypuściła powietrze, a potem skierowała
się ku wyjściu, wściekle pisząc coś na telefonie.
Na moją reakcję nikt nie czekał.
Ciekawe było to, że Florencja wciąż biernie uczestniczyła w tym spotkaniu.
Może ją to ciekawiło? Choć ciągle patrzyła na mnie. Doszło do tego, że mama i
papa już wybiegli z saloniku, by instruować kamerdynera i pokojówkę, co mają
spakować. Bliźniacy, po wspólnej wizycie w toalecie, znowu nabrali dzikiego
animuszu i zniknęli gdzieś. Baltazar jeszcze zbierał do teczki kartki, które
prezentował papie i ponaglał Albę, żeby przyspieszyła kroki ku wyjściu. Właśnie
wtedy Florencja odezwała się bezpośrednio do mnie.
- Wiem, kim naprawdę jesteś.
- Słucham? - byłam naprawdę skołowana.
- Chciałabym postawić Ci tarota. Co Ty na to? - pamiętasz, jak wspominałam,
że Florencja była ubrana jak czarownica? Ubrana w czarną tunikę, z głowy
zwisały jej różne plecione warkoczyki, jeden czy dwa dredy oraz mnóstwo
pierścionków. Teraz do stroju doszedł potencjalnie kolejny element jej
nietuzinkowości.
- Tarota, mówisz? - Alba natychmiast podniosła wzrok znad telefonu i chyba
po raz pierwszy tego wieczora wyglądała na autentycznie zainteresowaną światem
zewnętrznym. - Ja chcę być następna! Albo nie, bo moja stała wróżka się obrazi
i rzuci na mnie jakiś urok. A nie chciałabym teraz tego. Sami wiecie, Wenus w
retrogradacji to zły moment na uroki. A poza tym…
Florencja przerwała jej gestem podniesionej ręki.
Ciągle biła od niej ta sama pewność siebie, ta sama, która dała jej
natychmiastową nić porozumienia z papą. Może ona miała coś z Łabędzkiej w
genach? Alba natychmiast umilkła, jakby ktoś rzucił na nią czar, a może to ja
już zaczęłam za bardzo wczuwać się w zmianę klimatu w pokoju, na taki magiczny
i zaczęłam widzieć więcej niż działo się naprawdę.
W końcu odpowiedziałam Florencji: Proszę Pani, nie wiem, czy tak wypada; to
takie niechrześcijańskie, wręcz nieobyczajne.
- Mów mi Florencja, moja droga, nie jestem Ci obcą osobą. Czuję, jakbym
znała Cię od dawna. Proszę, zrób mi tę przysługę i daj sobie postawić tarota.
- No dobrze, tylko proszę, nie rozpowiadajmy tego nikomu, zwłaszcza papie.
- Oczywiście, będzie to coś tylko dla nas.
Wtedy Florencja pstryknęła palcami, na co Alba i Baltazar natychmiast
wyszli z pomieszczenia, a przynajmniej tak to pamiętam. Nagle siedziałyśmy
naprzeciwko siebie przy stoliku brydżowym, a wszystkie światła, oprócz jednej
żarówki tuż nad nami, były wyłączone.
Florencja tasowała przepiękną talię kart. Nigdy nie widziałam czegoś tak
hipnotyzującego. Karty były duże, dużo większe niż karty do brydża. Miały na
sobie szczegółowe rysunki, ozdobione błyszczącymi kryształkami przypominającymi
złoto, i były pokolorowane na jeden kolor: fioletowy. Ten fiolet był tak
głęboki, że patrząc na karty przelatujące Florencji z ręki do ręki, miało się
wrażenie, jakby tworzyły małą zorzę polarną. Patrzyłam w nie, wpatrzona jak w
transie, kiedy Florencja nagle złapała wszystkie karty, uderzając dłonią o
dłoń, i jakby niedbałym ruchem wyjęła z losowych miejsc trzy z nich i położyła
je przede mną na stoliku. Każda karta była podpisana. Patrzyłam więc na
straszne rysunki podpisane kolejno: „Wisielec”, „Diabeł” i… „Śmierć”. Na widok
ostatniej westchnęłam na głos. Florencja znowu klasnęła, by zwrócić moją uwagę
na siebie.
- Nie martw się, kochana. Śmierć nie oznacza tego, co wydaje Ci się, że
oznacza. Fascynujący zestaw.
- Co insynuujesz, mówiąc „fascynujący”? Co mnie czeka?
- Wiele dobrego. Chyba już rozumiem. Ja Ciebie znam, ale Ty mnie jeszcze
nie. Ale poznamy się. Będziemy bardzo blisko siebie. Już jesteśmy.
- Wybacz, ale nie rozumiem - zawahałam się. - Co to znaczy, że Ty mnie
znasz, a ja Ciebie nie? Czytałaś o mnie gdzieś w internecie? To niemożliwe. Mało
kto wie, że papa ma czwórkę dzieci, a nie tylko troje synów. Cieszy mnie to
bardzo, choć nie wychodziłam za wiele z domu, żeby cieszyć się taką
anonimowością.
Nagle zapaliło się światło; wszedł papa w szlafroku. Przeniosłam wzrok
najpierw na niego, spanikowałam, że zobaczy, że biorę udział w gusłach i zaczęłam
wykonywać powolne ruchy w kierunku stolika, by zakryć sobą tę kompromitującą
sytuację, ale ku mojemu zdziwieniu Florencja stała w progu saloniku, już ubrana
w długi czarny płaszcz i różową czapkę zimową. Kart nigdzie nie było.
- Panie Łabędzki, przepraszam, jeżeli nadużyłam Pańskiej gościnności, ale fascynujące
było spędzić wieczór w tak niesamowitym towarzystwie. Nie mogę się doczekać, aż
wrócicie wszyscy z urlopu i zaczniemy współpracować w Swan Watches. Dobranoc.
- Tak, tak, oczywiście - papa chyba już nie był tak oczarowany Florencją,
chyba że od jej charyzmy silniejsza była potrzeba snu. Papa machnął jej ręką na
pożegnanie, a następnie skupił się na celu tej wycieczki. Zabrał otwartą
butelkę ulubionej wódki, czystą szklankę, nasypał do niej lodu z wiaderka i
wrócił do swojej sypialni.
- Czy dokończymy nasz… - powiedziałam do siebie, bo byłam w saloniku już
sama. Florencja musiała już opuścić nasz dom.
- Dobranoc, Florencjo, dobranoc, papa - powiedziałam już sama do siebie, by
następnie udać się do swojej sypialni. Jeszcze musiałam spakować się przed
wyjazdem.
W nocy, kiedy nie było już nikogo w saloniku, okazało się, że pod stolikiem
do brydża wciąż leżą te trzy karty do tarota: wisielec, diabeł i śmierć. Kiedy
je zauważyłam, z trwogą stwierdziłam, że bije od nich tajemnicza,
jasnofioletowa łuna. W pewnym sensie była wręcz hipnotyzująca, ale też miałam
poczucie, jakby esencja zła parowała z kart. Nie mogłam jednak oprzeć się
pokusie, żeby podejść i z bliska zobaczyć te karty jeszcze raz. Dlaczego
Florencja nie chciała mi nic o nich powiedzieć? Dziwne. I kiedy tak patrzyłam
na te karty, diabeł nagle przekręcił głowę w moją stronę i uśmiechnął się
szeroko, zbyt szeroko, tak szeroko, że z kącików ust zaczęła mu płynąć krew.
Zamaszystym ruchem języka zlizał całą krew i zaczął się śmiać. I ja… słyszałam
ten śmiech bezpośrednio w swojej głowie. Nagle obudziłam się we własnym łóżku,
z sercem bijącym jak oszalałe. Czułam, że cała byłam zlana potem, a
jednocześnie było mi tak bardzo zimno. Ale to był tylko sen.
Rozdział drugi: po.
Gdy nagle obudziłam się w szpitalu, nie mogłam uwierzyć, gdzie jestem ani co
tam robiłam. Czułam niebywałe wręcz zaskoczenie, ale też ból i… głód? Najpierw
rozejrzałam się. Wzrok, na początku rozmyty, powoli nabierał ostrości. Był to
bardzo ładny pokój. Pewnie to ten sam prywatny oddział, gdzie leżał papa jakiś
czas temu, kiedy zatruł się nieświeżym mięsem łabędzia. Nieprzyzwoicie dużo
aparatury było podłączonej do mnie: jakieś rurki do ramienia, rurka do
oddychania, którą, swoją drogą, natychmiast wyplułam, jak tylko zdałam sobie sprawę,
że jest. Jak mogłam tak leżeć z rurą, która na siłę wtłaczała we mnie
powietrze? Przecież to udusić się można. Wyrwałam wszystko, co było do mnie
przymocowane, a na monitorku obok łóżka jedna zielona kreska, do tej pory
podskakująca i pikająca żywiołowo, wypłaszczyła się i zaczęła piszczeć
monotonnym dźwiękiem. Pewnie zaraz ktoś tu przybiegnie, żeby sprawdzić, czy nie
umarłam. Ale co ja tu robię? Może naprawdę umarłam? Chciałabym zobaczyć jakąś
znajomą twarz, kogoś, kto wytłumaczyłby mi, jak tu wylądowałam.
Zgodnie z moimi przypuszczeniami po chwili przybiegła pielęgniarka.
- Pani Łabędzka? Pani przebudziła się? To prawdziwy cud! Biegnę po doktora.
- Przepraszam! Co ja tu robię? – Niestety, pielęgniarka tego nie usłyszała.
Po pierwsze, już zdążyła wybiec z pokoju w stanie podniecenia. Po drugie,
mój głos brzmiał jak niewyraźne mamrotanie. Czułam, jakbym nie używała ust do
mówienia od bardzo dawna. Próbowałam zejść z łóżka, noga za nogą, przerzuciłam
je przez krawędź, ale kiedy próbowałam wstać, poczułam, jak mięśnie odmawiają
mi posłuszeństwa i z wielkim łoskotem upadłam na podłogę. Gwałtowne szarpnięcie
bólu przeszyło mnie na wskroś, ale szybko ustało. Jedyne, co czułam, to ogromny
głód, a przez głowę przechodziła mi myśl, żeby zejść na dół do kawiarenki i
zjeść kanapkę albo pierogi. Najlepiej takie z truskawkami. Przypomniało mi to
tę jedną piątkową kolację, kiedy bliźniacy wparowali do jadalni, krzycząc, że
są tak głodni, że mogliby zjeść konia z kopytami, i zaczęli biegać po całym
pokoju, wyjadając jedzenie bezpośrednio z półmisków trzymanych przez lokajów.
Właśnie wtedy było to amerykańskie, bezbożne święto, Halloween. Bliźniacy byli
przebrani za hrabiego Drakulę i udawali, że są spragnieni krwi oraz że zjadają
lokajów. Na szczęście ostatecznie wystarczyło im czerwone wino. Biedni lokaje
musieli z kamienną twarzą stać w miejscu podczas tej farsy. Moim zdaniem takie
zabawy były bardzo nie na miejscu.
Niestety, pójście do kawiarenki odpadło, kiedy zorientowałam się, że jest
środek nocy, za oknem było czarno, a i tak nie widziałam nigdzie swojej
portmonetki. Jedynym pozytywem było to, że szybko odzyskiwałam władzę nad
własnym ciałem i po chwili byłam w stanie już wstać oraz utrzymać się bez
opierania się o łóżko. Wtedy też do pokoju wróciła pielęgniarka; tym razem
towarzyszył jej lekarz.
- Pani Eleonoro, jak boga kocham, Pani do nas wróciła! – lekarzem okazał się
być pan Sławomir, przyjaciel papy, który już dawno porzucił pracę z pacjentami
na rzecz kariery politycznej. Ale na prośbę papy zawsze zajmował się naszą
rodziną albo załatwiał prawdziwych specjalistów, bo jak tu można ufać zwykłym lekarzom.
- Panie Sławomirze, co się stało? Ja nic nie pamiętam. Jak się tu
znalazłam? Gdzie jest moja rodzina?
- Nic Pani nie pamięta? No cóż, to zrozumiałe w takich przypadkach - pan
Sławomir nabrał powagi w wyrazie twarzy, poruszał zamaszystymi wąsami. – Miała
Pani bardzo poważny wypadek pół roku temu. Jeżeli dobrze pamiętam, wybierała
się Pani z rodziną na wycieczkę w góry. Niestety, wyjazd dla Was bardzo szybko
się zakończył, bo kilkanaście metrów po wystartowaniu wypadła Pani z
helikoptera. To musiało być fatalne natężenie pecha. Miała Pani pas zapięty,
ale był tak przetarty, że gdy wychyliła się przez jeszcze otwarte drzwi, żeby
coś pokazać, spadła. To prawdziwy cud, że Pani przeżyła. Ostatnie miesiące
spędziła Pani w śpiączce, a my pracowaliśmy nad rekonstrukcją Pani kości. Na
szczęście, Pani ciało z niesłychaną gracją to wszystko przetrwało. Można wręcz
powiedzieć, że większość pracy wykonało samo. Baliśmy się tylko… – wtedy głos pana
Sławomira załamał się na chwilę. Wziął głębszy oddech, żeby nabrać dystansu. –
Baliśmy się, że jednak to wszystko było za dużo i że nie będzie Pani w stanie
wybudzić się ze śpiączki. Minęło ponad sześć miesięcy. Pani rodzina
przychodziła codziennie, ale czas mijał nieubłagalnie…
Moja rodzina przychodziła codziennie? Jaka wspaniała wiadomość. Z radości
aż podbiegłam, żeby wyściskać pana Sławomira. W chwili gdy mój policzek dotknął
boku jego głowy i objęłam go, poczułam nagłe zawroty głowy; grunt dosłownie
osunął mi się pod nogami i zapadła ciemność.
Przebudziłam się, siedząc, oparta o ścianę. Jak mnie bolał wtedy brzuch! Z
tego bólu ledwo mogłam otworzyć oczy. Szkoda, że jednak mi się udało, bo widok
mnie zmroził. Pan Sławomir i pielęgniarka leżeli na podłodze kompletnie
zmasakrowani. Krew wszędzie. Krew na podłodze. Krew na ścianach. Trochę jak u
Bolesławskich w ich domku letniskowym, kiedy pojechaliśmy na całe dwa miesiące.
Zapewniali nas, że rozrywek wystarczy nam na co najmniej rok. Na szczęście
pogoda była wspaniała, więc mogliśmy opalać się i chłodzić w wodzie całymi
dniami, bo poza tym mieli tylko góry przenudnych planszówek. No i te ściany u
nich, wściekle czerwone, jak te tutaj, po godzinie już głowa bolała, po dwóch
dniach miało się ochotę krzyczeć na wszystkich. Gdyby nie to, że potrafiłam się
zachować, to bym tam zaczęła przeklinać i palić papierosy z nerwów. Z drugiej
strony, tam przynajmniej nie było wszędzie części ciała lekarza, który był przy
mnie, gdy się rodziłam, ani pielęgniarki, która pewnie opiekowała się mną przez
ostatnie sześć miesięcy. Ale wiesz co? Oprócz przerażenia tymi ścianami nie
była w ogóle wstrząśnięta widokiem śmierci, jakby moja wrażliwość nie
przebudziła się jeszcze ze śpiączki. Wstałam i stwierdziłam, że krew nie
oszczędziła również mnie w tym rozlewie. Podeszłam więc do zlewu, żeby się
obmyć i zacząć myśleć o kolejnych krokach. W lustrze dostrzegłam, że całą twarz
miałam we krwi, zwłaszcza dookoła ust. Obrzydlistwo, miałam krew nawet pod
paznokciami. Na szczęście szpitalna chemia pomogła i szybko zaczęłam znowu
wyglądać jak człowiek, nie licząc ubrań w fatalnym stanie. Musiałam znaleźć coś
na zastępstwo. Zostawiłam przy ciałach karteczkę o treści „Musiałam wyjść, ale
zapewniam, że to nie ja jestem odpowiedzialna za to, co wydarzyło się doktorowi
i pielęgniarce. Podpisana: Eleonora Łabędzka” i wyszłam z pokoju. Skierowałam
się do windy i pojechałam nią na sam dół. Na szczęście na parterze natrafiłam
na sklep z odzieżą, który nie schował całego asortymentu na noc. Pożyczyłam
trochę ubrań, przyrzekając na głos, że wrócę tu, żeby uregulować całą należną
temu przybytkowi płatność. Muszę przyznać, że nie miałam na sobie dżinsów
pewnie nigdy, ale czułam się w nich naprawdę dobrze, tak samo jak w zwykłej
koszulce. Dobrze, że nikt mnie nie widział, bo z zadowolenia aż poklepałam się
po brzuchu, co uświadomiło mi, że głód już całkiem minął. Pewnie była to jedna
z tych sytuacji, w których byłam już tak głodna, że przestałam zupełnie odczuwać
dyskomfort. Wyszłam na zewnątrz, żeby złapać taksówkę do domu. Liczyłam, że
trafi mi się uczciwy człowiek, który zrozumie, że będę mogła zapłacić dopiero, gdy
dojadę do domu i odnajdę swój portfel. Na szczęście był taki miły pan w
turbanie. Nie znał języka, ale doskonale porozumieliśmy się przy pomocy rąk i dobrej
woli.
Dom wyglądał dokładnie tak, jak ostatnio go widziałam, włącznie z
samochodami mojego rodzeństwa. Czy to znaczyło, że jest piątek? Czy cała moja
rodzina była wciąż w domu rodzinnym po kolacji? Jak to pięknie złożyło się,
mogłam zrobić im wspaniałą niespodziankę. Wbiegłam na szybko, żeby wziąć z
szuflady przy wejściu gotówkę dla taksówkarza; kilka banknotów dwustozłotowych
powinno mu dostatecznie zadośćuczynić za czekanie. Zapłaciłam mu i teraz już z
czystą głową odwróciłam się w stronę domu, żeby zrobić grand entrée.
Spojrzałam w okno mojego pokoju i nagle uderzyło we mnie wspomnienie jak
kamień prosto w czoło.
Tak, było to wspomnienie z dnia, kiedy mieliśmy polecieć na wycieczkę. To
właśnie moje okno było przyczyną mojego wypadku. Wiem, że brzmi to
nieprawdopodobnie, ale tak było. Przypomniałam sobie moment, w którym nasz
helikopter podrywał się do lotu. Mój papa uwielbiał startować z wciąż otwartymi
suwanymi drzwiami pasażerów. Mówił, że czuł się wtedy jak w filmie sensacyjnym.
Traf chciał, żebym siedziała w skrajnym miejscu, czyli przy samych drzwiach, od
strony domu. Spojrzałam na okno swojego pokoju i widok mnie zmroził. Okazało
się, że stoi w nim Florencja, ubrana dokładnie tak samo jak poprzedniego
wieczoru. Patrzyła prosto na mnie z szerokim uśmiechem, na mój gust zbyt
szerokim. I wtedy dostrzegłam, że w rękach trzyma otwarty mój pamiętnik. To był
prawdziwy horror. Ja przecież pisałam w tym pamiętniku, co tak naprawdę myślę o
ludziach z mojego otoczenia. Pomyślałam wtedy, co będzie, jak przeczyta mój
wpis o niej samej, to będzie takie niemiłe. Odruchowo przysunęłam się bliżej
wyjścia z helikoptera, który wtedy był już na wysokości dobrego kilkuset metrów
nad ziemią. Nerwy sprawiły jednak, że zrobiłam to zbyt gwałtownie i spadłam z
fotela. Nie powinnam spaść z fotela, od tego przecież zapinamy pasy, ale mój
musiał być zepsuty, bo puścił. I wtedy ześlizgnęłam się prosto w otchłań.
Pamiętam tę sekundę lotu… Czułam, jakby trwała godzinę. Widziałam helikopter,
który robił się coraz mniejszy i mniejszy. I słowo daję, że przez moment jakby
wychylił się z niego wisielec, którego wcześniej widziałam na karcie tarota.
Pomachał do mnie. Jego twarz była taka sina i spuchnięta, ale i tak miałam wrażenie,
że jest mu smutno, jakby smucił się z mojego powodu. Próbowałam pomachać do
niego, ale wtedy świst powietrza zmienił się w głuchą ciszę i ciemność…
Jak przypomniałam sobie o wypadku, poczułam coś bardzo dziwnego. Gdybym
miała to opisać, to jakbym układała puzzle: ułożyłam już wszystkie brzegi i
szło mi całkiem dobrze, na tyle, że czułam, że już nie mogę sobie tego odpuścić.
Muszę ułożyć całość za jednym razem. I właśnie wtedy trafiłam na moment, kiedy
nie mogłam znaleźć jednego puzzla. Szukałam go wszędzie i byłam już na etapie,
na którym kilka razy stwierdziłam, że nigdy nie było go w pudełku. Służba
przeszukiwała już całą posiadłość i kosz na śmieci, do którego subretka
wyrzuciła folię po opakowaniu. I właśnie wspomnienie wypadku było tym puzzlem,
który w końcu znalazłam, tak po prostu wśród innych elementów. On tam był cały
czas. Czułam, że zrobiłam wielki krok naprzód w ułożeniu całości, ale jeszcze
sporo było przede mną. Była to ulga, ale też poczucie, że trudny, może nawet najtrudniejszy,
moment jeszcze przede mną.
Weszłam do domu ponownie. Zastanawiałam się, jaki będzie najlepszy sposób,
żeby ujawnić się swojej rodzinie. Postawiłam jednak na prostotę i
pomaszerowałam prosto do saloniku. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy nasz
salonik zmienił się w istny obraz Sodomy i Gomory. Zajmowany był przez grupę
nieznanych mi młodych ludzi - mężczyzn i kobiet - wszyscy w wieku około
trzydziestu lat, ledwo ubrani, tańczących do jakiejś bardzo frywolnej muzyki.
Oświetlenie zmienione było na wściekłą czerwień, jakby to był jakiś burdel. Ten
salonik jeszcze nie widział takich obrazów. Co tam się wydarzyło? Zagadka
szybko się rozwiązała, kiedy pośrodku tego wszystkiego zobaczyłam bliźniaków.
Siedzieli w samym centrum tego całego chaosu i całowali się z dwiema kobietami.
Choć całowanie to bardzo delikatne określenie, bo oni wręcz pożerali się
nawzajem. Kiedy przestali, to, co nastąpiło później, sprawiło, że chciałam
wymiotować. Po tym, jak całowali się z tamtymi kobietami, bliźniacy zaczęli całować
się ze sobą i to nie było tylko muśnięcie policzka, o nie. To było po prostu
chore. Mimowolnie wyrwało mi się głośne „Nie!”, które przebiło się ponad głośną
muzykę i wszyscy to usłyszeli. Zwróciło to też uwagę bliźniaków, którzy
spojrzeli na mnie. Przez twarze przeszły im wyrazy głębokiego szoku, niedowierzania,
aż w końcu dziecięcej radości.
- Eleonora! – krzyknęli jednocześnie. Kacper zrobił dziwaczny gest, jakby
przecinał dłonią szyję, i muzyka nagle zgasła. Obaj natychmiast mnie otoczyli.
- Ty wstałaś! To niesamowite! Dlaczego doktor nie dzwonił? Jaka historia! -
przekrzykiwali się.
- Co tu się dzieje? Co wy robicie? Gdzie są wszyscy? Gdzie jest służna? Czy
wy... co tu się dzieje...
- Oj, Eleonoro, trochę się tu zmieniło, od kiedy zniknęłaś – powiedział
Melchior i gestem pokazał całej imprezie, że to koniec. Wszyscy, jak na rozkaz,
podnieśli porozrzucane wszędzie ubrania i wybiegli z pokoju, śmiejąc się przy
tym w najlepsze. Jeden mężczyzna, jeszcze zanim zdążył wyjść z saloniku,
zapalił papierosa jak gdyby nigdy nic. Papa chyba od razu kazałby go za to
wybatorzyć. Byłam w takim szoku, że Melchior bez oporu poprowadził mnie na
krzesło, posadził i sam usiadł naprzeciwko.
- Widzisz, jak zniknęłaś, przepraszam, jak zapadłaś w śpiączkę i nie
chciałaś się obudzić, papa przepisał całą firmę na Baltazara, przeszedł na
emeryturę i wyprowadził się do naszej nadmorskiej posiadłości.
- Co ty pleciesz? Wcale nie przeszedł na emeryturę, tylko oddał władzę, a
sobie zostawił rolę doradczą - wtrącił się Kacper i kontynuował - ale tak,
wyprowadził się, na czym my skorzystaliśmy. Teraz mieszkamy tu my i mama, ale
wiesz, jak to jest z mamą. Schodzi z piętra tylko po to, żeby wziąć kilka
butelek z barku, powiedzieć służbie, jakie jedzenie mają przynieść jej do
pokoju i znika. Czasem tylko wyśle nam buziaka, gdy nas zobaczy. A służby nie
ma, bo wprowadziliśmy tutaj trochę cywilizacji i cała służba wieczorem idzie do
domu.
Absolutnie nic z tego nie rozumiała. Czy Papa oddał władzę w firmie
Baltazarowi?
- Dlaczego wy tu się tak całowaliście? Co to za heretyctwo?
- Oj, Grubciu, to tylko takie wygłupy przed ludźmi! – powiedział Melchior.
Ale te Grubciu mnie zdenerwowało! Musiałam być nieskończenie zmęczona, bo
tym razem nie wytrzymałam i machnęłam dłonią, żeby spoliczkować Melchiora.
No więc… minimalnie spudłowałam i trafiłam Melchiora w szczękę. I to
uderzenie dłonią przeleciało przez szczękę na wylot. Dosłownie urwałam mu
wielki kawał twarzy i szyi. Krew zaczęła tryskać prosto na mnie. Zaczęłam
krzyczeć. Kacper zaczął krzyczeć. Melchior chciał krzyczeć, ale nie mógł. Oczy
mu zabłysły w wyrazie paniki, palcami dotykał wystających z niego kawałów
mięsa, kości i wszystkich obrzydliwości, a po kilku sekundach upadł na podłogę.
Kilka razy jeszcze z gardła wystrzeliła mu mała fontanna krwi, aż w końcu
wszystko ucichło. Kacper i ja też w końcu przestaliśmy krzyczeć. Kacper
spojrzał na mnie i czekał, aż coś powiem. Wyciągnęłam rękę w jego stronę i otworzyłam
usta, żeby powiedzieć, że nie wiem, co się stało, ale zanim wydobył się ze mnie
jakikolwiek dźwięk, Kacper krzyknął i zaczął biec w kierunku schodów. Biegł do
mamy! Musiałam go zatrzymać i wytłumaczyć mu, że nie mam z tym nic wspólnego.
Przełknęłam ślinę, która zmieszała się z krwią Melchiora, która wpadła mi do
gardła. Nie wiem, co on jadł wcześniej, ale jego krew miała bardzo przyjemny
smak. Skoczyłam w kierunku Kacpra i słowo daję, że to był skok na kilka metrów,
a włosami zahaczyłam o sufit w trakcie tego lotu. Doskoczyłam w jednej chwili
do Kacpra i złapałam go za rękę, żeby go zatrzymać. Koszmar trwał dalej, bo
zgniotłam jego nadgarstek na miazgę.
- Mamo! - Kacper zaczął drzeć się wniebogłosy, więc złapałam go za gardło.
Zmiażdżyłam jego twarz.
Puściłam jego martwe ciało i rozpłakałam się. Usiadłam na dole schodów. Kręciło
mi się w głowie. Chciałam się obudzić z tego snu na jawie. Co się ze mną stało?
Czy to, co wcześniej wydarzyło się z doktorem, to...
- Kacper, ja bardzo Was przepraszam. To nie moja wina. Nie wiem, co się stało.
Podniosłam ciało brata i mocno się do niego przytuliłam. Już bez
miażdżenia. Wtedy też poczułam mocny zapach jego ciała w nozdrzach, jakbym
zaciągnęła się czymś mocnym i aromatycznym. Oczy mi się zamknęły i odpłynęłam.
Gdy wstałam, leżałam w swoim pokoju. Był środek nocy, a ja w piżamie. Ktoś
mnie przebrał, umył, położył i przykrył duvetem. I chyba nakarmił, bo czułam,
że jestem pełna, jakbym zjadła dwa wielkie obiady na raz.
***
- Widzę, że wstałaś - dostrzegłam wtedy, że moja mamusia siedzi po ciemku w
fotelu w kącie pokoju. Głos miała mrożący krew w żyłach, a może po prostu dawno
nie słyszałam, jak mówi coś w tak stanowczy sposób.
- Mamusiu, co się stało? – pewnie widziała bliźniaków i mnie, omdlałą w
samym środku krwawej łaźni.
- Miałam nadzieję, że Ty mi to powiesz. Zeszłam w nocy, by się czegoś
napić, by się potknąć o moją córkę, która, wedle mojej wiedzy, leży w szpitalu
w śpiączce, a ona tymczasem śpi w domu na podłodze, cała we krwi. Nawet nie
chcę wiedzieć, czyjej… I którą zdążyła wysmarować pół saloniku. Biedni
Melchiorek i Kacperek, jak to zobaczą, załamią się. Takie ładne wieczorki ze
znajomymi ostatnio robili u nas. Od razu dodało to życia tej starej ruderze.
- Mamo... Kacper i Melchior. To znaczy, że ich nie widziałaś?
- Nie, zakładam, że wyszli na miasto i całe szczęście. Służba już sprząta. Powiedziałam
im, że ze strachu przed ponowną śpiączką ukradłaś worki z krwią ze szpitala. Na
szczęście służba nie kwestionowała tego szaleństwa; widać, że była
przyzwyczajona do Twoich fanaberii. Eleonora, co to za krew?
- Mamo… nie wiem? Nie wiem, jak tu się znalazłam.
- Eh, z tą rodziną, gdyby nie moi cudowni bliźniacy, dawno bym wyjechała
gdzieś, gdzie jest ciepło przez cały rok. Ciągłe utrapienie z Tobą, Eleonoro!
Powiedziawszy to, mamusia wstała i wyszła z pokoju, krzyknęła coś do
garderobianej, zaraz strzelił korek i zatrzasnęły się drzwi do jej sypialni.
Biorąc pod uwagę wszystko, co się wydarzyło, byłam wtedy bardzo spokojna. A
co, jeśli rzeczywiście ukradłam krew ze szpitala? Musiało się właśnie to
wydarzyć, przecież niemożliwe było, żebym tak wysoko skakała i że z taką
łatwością gruchotałam ciała. Że zabiłam braci. To wszystko to był zły sen.
***
Był ranek. Siedziałam sama w jadalni, czekając na śniadanie. Nie mogłam się
doczekać tego, co fantastycznego przygotowała służba na dzisiaj. Nie sądziłam
jednak, że wieść o moim powrocie tak szybko się rozniesie, bo oto do jadalni
wszedł mój starszy brat, Baltazar.
- Eleonoro, wstałaś i nawet nie zadzwoniłaś! Czy podczas śpiączki
zapomniałaś, jak zachowywać się jako członkini rodziny? – Baltazar krzyknął już
w samym progu.
Było w nim coś innego. Jakby przez te kilka miesięcy postarzał się o
dziesięć lat i jeszcze bardziej przypominał papę niż wcześniej. Ale wyobraź
sobie jakie momentalnie przerażenie mnie ogarnęło, kiedy za nim do
pomieszczenia weszła... Florencja. Przez całe moje ciało przeszedł prąd i
zakręciło mi się w głowie. Jak dobrze, że siedziałam. Jak żywo przed oczami
stanął mi obraz jej nienaturalnego uśmiechu, gdy stała u mnie w oknie. Tylko
teraz Florencja wyglądała zupełnie inaczej. Jakby wyrwana z korporacyjnego
żurnala, w białej koszuli, marynarce. Ani trochę nie przypominała tej kobiety,
która stawiała mi tarota, a później wystraszyła mnie prawie na śmierć.
- Miło Cię widzieć, Eleonoro - powiedziała rzeczowym, zupełnie wypranym z
emocji tonem. – Chcieliśmy się dowiedzieć, czy widziałaś może bliźniaków?
Dostaliśmy rano od nich wiadomość mailem, że, tu cytuję, rzucają w cholerę tę
firmę i wyjeżdżają gdzieś, gdzie jest gorąco, a kobiety nie noszą tylu warstw
ubrań. Czy minęłaś się z nimi w domu?
- N... Nie... Florencjo, co się z Tobą stało? Dlaczego byłaś u mnie w
pokoju tego dnia, gdy miałam wypadek?
- Słucham? Nie wiem, o czym mówisz, Eleonoro. Baltazar, skarbie, ona chyba
na nic się nie przyda. Najwyraźniej nie wybudziła się jeszcze do końca -
Florencja zmieniła wyraz twarzy, aż zaczęła przypominać mi Albę, z tym jej
pogardliwym spojrzeniem.
Florencja zwróciła się do Baltazara zbyt poufale.
- Jak to, Skarbie? – zapytałam. – Gdzie jest Alba?
- No tak, przecież Ty nie wiesz – wtrącił Baltazar. – Musiałem podziękować
Albie. Nie wnosiła nic do mojego życia. – Cieszę się, że już się znacie z
Florencją, choć nie wiem, skąd…
- Jak to? Przecież była z nami na kolacji dzień przed tym nieszczęsnym
wylotem – odparłam.
- Przykro mi, siostro, ale nie wiem, o czym mówisz. Choć pamiętam, że mocno
pomagałaś mamie z winem tamtego dnia na tyle, że dzień później prawie się
zabiłaś, spadając z helikoptera. Florencja jest z nami od kilku miesięcy.
Zatrudniliśmy ją do prowadzenia naszych mediów społecznościowych, ale szybko
pokazała, że potrafi o wiele więcej. No i przy okazji całkowicie skradła mi
serce.
Mówiąc to, Baltazar na moment zmienił oblicze, przypominając dziecko, które
usłyszało, że po obiedzie ma dostać swoje ulubione słodycze.
- Oj, Balti, Twoje romantyczne podejście do życia nie przestaje mnie
wzruszać. To ty skradłeś mi serce i wciągnąłeś mnie w swoje wspaniałe życie. A
z Eleonorą rzeczywiście się już znamy, choć przyznam najzupełniej szczerze, że
nie pamiętam, gdzie i kiedy - odparła i słowo daję, że puściła do mnie oko.
Co to mogło znaczyć?
Śniadanie przebiegało w równie dziwnej atmosferze. Baltazar omawiał
działania firmy ze swoją nową wybranką, jakby decydowali o niej we dwoje.
- Florencjo, to był znakomity pomysł, żeby wprowadzić damską linię
zegarków. Widziałem rano wyniki przedsprzedaży i zapotrzebowania. To był
prawdziwy strzał w dziesiątkę.
Zagotowałam się. Przecież od lat im to mówiłam. Między kawą a ciastkiem w
końcu wybuchłam.
- Baltazar, dlaczego rozmawiasz z Florencją o firmie w ten sposób?
Powinieneś rozmawiać z Papą o takich sprawach, a nie z kimś, kogo znasz od
kilku miesięcy.
- Matko, czyli tego też nie wiesz, no tak – skwitował i rzucił od
niechcenia, jakby rozpakowywał cukierka – Ojciec uczynił ze mnie wyłącznym
właścicielem firmy, sam kompletnie usunął się w cień. Można powiedzieć, że
przeszedł na emeryturę.
- Wiem to! – krzyknęłam zniecierpliwiona. – Już bliźniacy poinformowali
mnie o tej zmianie. A co ze mną? Firma powinna być też przepisana na mnie.
Jestem najstarsza. Opiekowałam się całe życie Papą.
- Czyli jednak widziałaś się z bliźniakami? – Baltazar jakże szybko i
zręcznie przekierował temat.
Cholera. Przecież widziałam się z bliźniakami i doskonale wiedziałam, co
się z nimi stało. To znaczy, tak mi się wydawało, że wiem, co się z nimi stało.
Napisali maila dzisiaj rano, to znaczy, że jednak żyli. Niesamowite, jakie figle
płatał mi umysł.
- Tak, widziałam ich wczoraj wieczorem, ale nie wiem nic o ich wyjeździe.
Po prostu nasze drogi się rozeszły na schodach na piętro – tak przynajmniej
myślałam.
- No dobrze. Wiedz, że ojciec zapewnił ci wygodne życie. Musisz przyjść do
siedziby firmy, a prawnicy zapoznają cię ze wszystkimi szczegółami. Jak
chciałaś brać udział w życiu firmy, to trzeba było kiedyś coś do niej wnieść.
Zobacz, Florencja jest z nami ledwo kilka miesięcy, a już wprowadziła nas na
zupełnie nowy poziom. I jeszcze jedno: pamiętaj, że możesz teraz do niej
zwracać się per „siostro”. – powiedział, na co Florencja pokazała obrączkę,
która dobitnie wyrażała swoją wartością ten nowy poziom.
Miałam ochotę złapać go za jego głupią głowę i odkręcić ją. Było to głęboko
we mnie, ale nie czułam się na siłach, a raczej czułam, że nie mogę tego
zrobić. No bo przecież nie mogłam. Nikomu nigdy krzywdy nie zrobiłam, prawda?
Po kawie odprowadziłam ich do drzwi. Na odchodne brat jeszcze rzucił –
zadzwoń, kiedy pojawisz się w siedzibie; prawnicy będą na ciebie czekać – i
zniknął za progiem.
Florencja nie podążyła za nim. Rozejrzała się, pewnie, żeby upewnić się, że
jesteśmy same. Wtedy podeszła do niej i jej twarz była kilkanaście centymetrów
od mojej. Momentalnie na jej twarzy pojawił się ten sam szeroki uśmiech, który
prawie mnie zabił.
- Eleonoro, znakomita robota z bliźniakami, ale następnym razem daj mi
wcześniej znać, co planujesz. Na szczęście dawno temu wyciągnęłam od nich
loginy i numery kart kredytowych. Zrobię kilka zakupów na całym świecie. Nigdy
się nie połapią, gdzie zniknęli. Tylko powiedz mi, co zrobiłaś z ich ciałami?
Nie, nie mów mi! Sama zgadnę! Zjadłaś ich w całości? Ale co zrobiłaś z
ubraniami? Ale z ciebie jest znakomita Śmierć, przechodzisz moje najśmielsze wyobrażenia!
I nie martw się o szpital. Na szczęście miałam tam swoje ghule, które w porę
sprawdziły twój pokój i posprzątały. Historia o ucieczce doktora z pielęgniarką
już lata po szpitalu. Jakie to wszystko jest cudowne!
- Florencjo! Ja nie wiem, o czym mówisz – poczułam, jak bardzo blada i
chora momentalnie się poczułam.
- Masz rację! Niech ten teatr trwa, dopóki nie przejmę, znaczy, póki nie
przejmiemy całej firmy! Fantastyczna zabawa! Jesteśmy już tak blisko, jeszcze
tylko trzy osoby! – Florencja ucałowała mnie w policzek, po czym wybiegła z
domu.
Usiadłam na podłodze korytarza. Jedyne, na co miałam wtedy siłę, to
bezmyślne wpatrywanie się w podłogę. Pięknie wypolerowany biały marmur
karraryjski, jak lustro, pokazywał mi moje oblicze. Nikt tego wcześniej nie
powiedział, ale wyglądałam znacznie młodziej, jakbym znowu miała trzydzieści
lat. W środku jednak czułam, że jestem wyniszczona i przytłoczona ostatnimi
godzinami. Czy Florencja nazwała mnie śmiercią? Jak z tej karty tarota? Była
ledwo dziesiąta rano, ale poczułam, że muszę już iść spać. Byłam wykończona. W
końcu podniosłam się z podłogi i dowlekłam do swojej sypialni. Z pokoju matki
słyszałam głośną muzykę i jej zawodzenie, że jest motylem. Przynajmniej ona
dobrze się bawiła.
***
Znowu obudziłam się w łóżku. Miałam nadzieję, że to nie jest moja nowa
rzeczywistość, zapominanie, kiedy przebrałam się w piżamę i położyłam się spać.
To musiał być już następny dzień. Spałam ponad dobę! Niebywałe. Co smutniejsze,
nie byłam ani na jotę mniej zmęczona niż dzień wcześniej. Ze smutkiem
zgramoliłam się z łóżka i poszłam do garderoby, by wyjąć coś z szafy, co miałam
nadzieję, że sprawi, że poczuję się trochę lepiej. Chanel na wszystko pomoże.
Jednak po otwarciu szafy nie ubrania mnie przywitały, tylko zwłoki braci, które
zwaliły się na mnie jak ciasno spakowany szmelc z zagraconych półek. Miałam
wrzasnąć, ale złapałam się za usta. Obrzydliwe. Czy to ja je tu schowałam?
Patrzyłam przez chwilę na nie. Dlaczego nie byłam przerażona? To chyba naprawdę
była moja nowa rzeczywistość. Zwłoki wyglądały o tyle groteskowo, że bardziej
przypominały pogięty blady płaszcz z doszytymi kończynami i głowami. Te ciała były
takie wysuszone, jakby każda kropla krwi z nich wyparowała albo została
wciągnięta przez słomkę, a opakowanie implodowało. Pospiesznie wcisnęłam je
wgłąb szafy. Na szczęście nie czuć było od nich żadnego odoru; musiałam się
tylko upewnić, że służba nie będzie tu zaglądać, zanim wymyślę, co z tym
zrobić. Wybrałam ubrania, mimo że straciłam wszelką ochotę na strojenie się. Odnalazłam
w szafce nocnej swój telefon komórkowy. Oczywiście był rozładowany, więc
dopiero po podłączeniu do ładowarki mogłam zadzwonić do brata.
- Przyjdę dzisiaj do firmy po te papiery – oznajmiłam, na co usłyszałam w
odpowiedzi suche „ok” i dźwięk zakończonego połączenia.
Po włączeniu telefonu, jak na sygnał, rozdzwoniły się telefony od
najróżniejszych ludzi, do których najwidoczniej dotarło, że wróciłam do świata
żywych. Koleżanki, znajomi rodziców, ludzie, z którymi nigdy nie rozmawiałam o
prywatnych sprawach. Czułam się trochę tak, jakby cyrk przyjechał do miasta i
każdy był ciekawy, czy może zajrzeć do namiotu, czy może akurat lew nie pożera
tresera, albo czy nie zacznę mówić jak obłąkana. O to jednak się nie martwiłam,
bo nie miałam nikogo, komu bym na tyle zaufała, żeby zwierzyć się z wydarzeń, które
nastąpiły po moim przebudzeniu. Jedna z moich koleżanek, Patrycja Przedporska,
wymusiła na mnie, żebyśmy spotkały się jeszcze tego samego dnia na brunchu.
Lubiłam Patrycję. Zawsze miała dla mnie dobre historie ze spotkań towarzyskich,
których nigdy nie miała dość, a ja chodziłam tylko i wyłącznie wtedy, kiedy
papa tego ode mnie oczekiwał. Znaczyło to tyle, że chodziłam na najróżniejsze gale
charytatywne ich znajomych, wernisaże dzieci ich znajomych, koktaile, bankiety
i tym podobne zgromadzenia, których zazwyczaj celem było tworzenie nowych bądź
zacieśnianie istniejących kontaktów przez mojego papę. On miał niesamowitą
głowę do relacji biznesowych, a ja zawsze czułam, że choć tyle mogę dla niego
zrobić. Być podporą na tego typu spotkaniach, zwłaszcza od czasu, gdy matka
kategorycznie stwierdziła, że jej noga już nie postanie na żadnym spotkaniu
jego znajomych. Mama chciała być w domu i cieszyć się własnym towarzystwem.
Tak całkiem szczerze, to w normalnej sytuacji nie zgodziłabym się na żaden
brunch z mniej niż tygodniowym wyprzedzeniem, ale byłam tak skołowana, że nie
do końca zdawałam sobie sprawę, co robię, godząc się na tak nagłe wyjście z
domu do ludzi. Zwłaszcza że miałam trupy w szafie, o których nikt nie może się
dowiedzieć. Z takim więc bagażem ubrałam się i wyprawiłam taksówką do centrum.
***
- Eleonoro, jak Ty wspaniale wyglądasz! – Patrycja praktycznie rzuciła mi
się na ramiona, jak mnie zobaczyła. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek
okazała mi tyle afektu. Byłyśmy koleżankami, ale nic więcej.
- Witaj, Patrycjo. Dz... Dziękuję! Ty wyglądasz doskonale jak zawsze.
- Oj, nie udawaj, wyglądasz, jakbyś wróciła z Mayo Clinic, a nie ze
szpitala. Gadaj, co wydarzyło się naprawdę! Ta śpiączka to był tylko fortel? No,
mi możesz przecież powiedzieć! To musiał być wyjazd do Mayo Clinic. Poleciałaś
tam, żeby poprawić sobie humor po tym świństwie, które Twój brat zrobił z
firmą?
- Słucham? Nie, naprawdę byłam w szpitalu. Wybudziłam się ledwo dwa dni
temu. Jakie świństwo? O czym ty mówisz?
- Jak to? Teraz to ja nie rozumiem? No to jak twój brat przekonał ojca,
żeby cała firma była jego. Przecież całe miasto mówi tylko o tym. Twój ojciec
miał pół roku temu ogłosić, że przepisuje firmę po równo na waszą czwórkę.
Przecież mój ojczym, niech piekło go pochłonie, sam wypisywał papiery. Wszystko
było gotowe, niby to była tajemnica, ale i tak wszyscy o tym wiedzieli. Ty też
przecież wiedziałaś, prawda?
Dlaczego ja nic o tym nie wiedziałam? Powinnam udawać, że wiem? Już i tak
najwyraźniej straciłam twarz przed całym miastem, tak że równie dobrze mogłam
zanurkować w tym wstydzie i być szczera.
- Nie, Patrycjo, nikt mi o tym nie powiedział. I wątpię, żeby to była
prawda, bo papa przepisał firmę na Baltazara.
- No właśnie! To jest w tym najbardziej niewiarygodne. Miałaś dostać równą
część firmy, najmłodsi Łabędzcy zresztą też, a tu nagle Ty masz wypadek,
zapadasz w śpiączkę, a kilka dni później na gali, gdzie miałaś dostać klucz do
firmy, twój ojciec nagle ogłasza, że wszystko poszło w ręce Baltazara. Wiesz,
że kiedyś mnie podrywał? Trochę żałuję, że go spławiłam. Mogłabym być teraz panią
Swan Watches. A tak to teraz pokazuje się na salonach z jakąś kobietą, którą poznał
w pracy. Podobno jest niesłychanie błyskotliwa. To ciekawe. Mój ojczym zawsze
mówił, że prędzej diabeł ze śmiercią za rękę wejdzie do zarządu Swan Watches
niż wpuszczą tam kobietę, a tu komuś najwyraźniej się udało. Mówię bez przerwy.
wybacz. Powiedz, co u ciebie? Słyszałam, że Baltazar przekupił braci, by
pławili się w bogactwie bez kiwnięcia palcem. A czym ciebie przekonał do
oddania swojej działki?
Taka to była koleżeńska propozycja wspólnego brunchu. Patrycja najwyraźniej
miała już przygotowaną listę pytań, a reszta miasta czekała, żeby poznać
odpowiedzi. No dobrze...
- Droga Patrycjo, wiesz, że to na wskroś nieeleganckie rozmawiać o tak
przyziemnych sprawach jak pieniądze podczas brunchu. Bardzo kochana jesteś, że
chciałaś spotkać się ze mną w tym jakże trudnym dla mnie czasie. Jestem bardzo
osłabiona, dlatego obawiam się, że na razie muszę zakończyć naszą cudowną
rozmowę, ale chciałabym uroczyście zaprosić cię na jakąś kolację do nas, do
posiadłości. – mówiąc to, wyobrażałam sobie, że w szafie znajdzie się jeszcze
trochę miejsca, ale nagle ta myśl mnie obrzydziła, więc dodałam: - z mamą
ugościmy cię jak za starych dobrych czasów.
Po tym wstałam i wyszłam. Zostawiłam Patrycję z nieuregulowanym rachunkiem
i pytaniami, co to za stare, dobre czasy były. Może zaczęła sobie wyobrażać, że
takie wieczorki kiedyś były u mnie regularnie, a ona nie była na nie
zapraszana, o czym ja zapomniałam i teraz się wygadałam. Mam nadzieję, że tak
się nad tym głowiła przez dłuższy czas. Wtedy wróciły do mnie słowa Patrycji.
Firma miała być w części moja. Wszystkie szczegóły były ustalone, kiedy nagle zapadłam
w śpiączkę, a Baltazar przekonał papę, żeby wszystko zapisał mu. Dlaczego nikt
mi o tym nie mówił? Czy wypadałoby zapytać papę albo brata o to? Przecież papa
nie zrobiłby czegoś, żeby mnie skrzywdzić, więc musiał mieć ku temu jakiś
bardzo dobry powód. A co, jeśli myślał, że już nie wybudzę się ze śpiączki? A
może wiedział coś o firmie, co nigdy nie dotarło do Baltazara, i chciał mnie
przed tym ochronić? Tylko dlaczego nie zapytał mnie, czy potrzebuję ochrony? I
dlaczego posłuchali tej zołzy Florencji z tymi przeklętymi damskimi zegarkami,
a mnie ignorowali przez lata? Chciało mi się płakać, a przynajmniej tak przez
chwilę mi się wydawało. Im dłużej nad tym się zastanawiałam, tym bardziej
dochodziłam do wniosku, że chciało mi się coś zniszczyć. Albo kogoś. Czułam, że
miarka się przebrała. Czas iść na umówione spotkanie w Swan Watches i odebrać
to, co mi się należało.
Rozdział trzeci: po po
Jasne światło nagle przywróciło mi świadomość. Stałam za wielkim, czerwonym
suknem, ale byłam zbyt zamroczona, żeby do końca zrozumieć, co się dzieje.
Bardzo bolały mnie oczy, więc nie widziałam nic poza morzem czerwieni przede
mną. Coś trzymałam w dłoniach, ale było to tak rozmazane. Nagle, tuż przed moją
twarzą, pojawiła się Florencja, a raczej jej biznesowa wersja.
- Eleonoro! Wspaniale to wszystko przygotowaliśmy. Dziennikarze już na
ciebie czekają!
Wtedy zobaczyłam, że sukno przesuwa się w obie strony jak kurtyna. To była
kurtyna. Florencja delikatnie popchnęła mnie do przodu i stanęłam za podium
przed gronem dziennikarzy.
Usłyszałam od razu krzyki pytające, czy firma jest teraz w moich rękach.
Moich rękach... Podniosłam ręce, żeby przyjrzeć się temu, co też w nich
trzymałam. Moje dłonie wyłoniły się zza podium i po chwili konsternacji
usłyszałam przerażone krzyki, dźwięk człowieka upadającego na podłogę oraz krzesła
odsuwane w panice. W końcu zobaczyłam. W rękach trzymałam głowy papy i
Baltazara, które wciąż trochę ociekały krwią. Na twarzach miały wymalowane bolesne
grymasy. O boże. Z obrzydzeniem odrzuciłam je od siebie, przez co poturlały się
w kierunku dziennikarzy. Część zdążyła wybiec, ale zostało kilka osób, które
robiły makabryczne zdjęcia. Widać nie przeszkadzała im. Ktoś rzucił w moim
kierunku: „Co to ma znaczyć? Czy to jakieś przedstawienie?”.
Obróciłam się. Florencji nigdzie nie było widać. Stałam tak przez kilka
minut; w twarz błyskały mi flesze i coraz dziwniejsze pytania. Czułam się,
jakbym miała dostać grypy żołądkowej, ale też byłam bardzo mocno najedzona.
- Florencjo, co się dzieje? Gdzie jesteś? – rzuciłam w powietrze. Ruszyłam
się w końcu by zejść z podium, ale każdy krok przychodził mi z trudem.
Usłyszałam syreny, które szybko przerodziły się w wbiegających do pomieszczenia
policjantów i policjantki, którzy wycelowali we mnie broń. Bez żadnego pytania
podniosłam ręce do góry i po chwili miałam je boleśnie wykręcone za plecy oraz
założone kajdanki. Czy ja zabiłam swojego papę?
***
Po kilku dniach w areszcie miałam pierwszą osobę, która chciała się ze mną
widzieć. Oczywiście, była to Florencja. Zostałam zaprowadzona do pomieszczenia
przypominającego świetlicę szkolną. Przy drzwiach stali policjanci, a przy
stoliku siedziała moja bratowa. Uśmiech nie schodził jej z twarzy, gdy siadałam
naprzeciwko niej, w kajdankach założonych na rękach i nogach.
- Kochana siostro! Jak cudownie cię widzieć w tak dobrej formie!
- Florencjo, co się dzieje? Co się stało z papą i Baltazarem? Ja nic nie
wiem. Ja nic nie mogłam zrobić!
- Eleonoro, ale z ciebie głuptasek. Przecież ta cała konferencja prasowa to
był twój pomysł. Wpadłaś na niego zaraz po tym, jak szturmem wbiłaś się do
siedziby firmy i domagałaś się osobistego spotkania z bratem i ojcem.
Niesłychane, jak szybko przyleciał do swojej córki, tylko po to, żeby zostać
rozerwanym na strzępy, gdy tylko wszedł do salki konferencyjnej. Obiecuję ci:
nagranie z kamer będzie moją pierwszą i najcenniejszą pamiątką jako nowej
szefowej firmy. Błagalne łkania mojego męża, gdy wyrywałaś każdą jego kończynę,
były muzyką dla mej duszy. Fantastycznie się bawiłam i dziękuję ci za to. A
teraz wybacz, muszę wracać do mojej… znaczy naszej firmy. Jak wyjdziesz z
więzienia, obiecuję, że czekać na ciebie będzie miejsce u mojej prawicy.
I jak gdyby nigdy nic, Florencja wstała i się odwróciła.
- Zaczekaj! – krzyknęłam. – Kim jesteś? Kim ja jestem? A co z mamą?
- Ach, twoja, nasza mamusia nadroższa. Niestety, biedaczka, jak usłyszała,
co zrobiłaś, połknęła wszystkie tabletki na głowę, jakie miała, i zapiła je butelką
wina. Już ja tego dopilnowałam. Umarła biedaczka, ale na pewno była szczęśliwa.
Tak jak ty powinnaś być teraz szczęśliwa. Najbardziej szczęśliwa w swoim
dotychczas żałosnym życiu. Kim jesteśmy? Przecież pokazałam ci karty. Kim byłaś.
Kim teraz jesteś. Kim ja jestem. Obiecuję, że wszyscy najlepsi prawnicy w kraju
zadbają o twoją przyszłość. Nie posiedzisz tu zbyt długo.
I zaczęła iść w kierunku wyjścia.
- Nigdzie nie idziesz! – krzyknęłam i napięłam ręce i nogi. Kajdanki pękły,
jakby były zrobione z papieru, co pozwoliło mi wstać i skoczyć na Florencję.
Nie spodziewała się tego. Złapałam ją za włosy i wyrwałam je razem z większą
częścią głowy mojej bratowej. Jej ciało upadło na podłogę, przez chwilę jeszcze
się miotało, aż zgasło w nim wszelkie światło.
- Zostajesz tu ze mną. – powiedziałam do jej skalpu i zaczęłam się śmiać. Śmiałam
się tak głośno, jak tylko mogłam. Jak przestałam, jak złapali mnie strażnicy i
siłą zaczęli ciągnąć do celi, uśmiech wciąż nie schodził mi z twarzy. Musiał
być tak samo szeroki jak wtedy u Florencji, kiedy była w moim pokoju.
***
Także, drogi odbiorco tej wiadomości. Piszę z celi, w której czekam na
wyrok. Nie wygląda to dobrze. Wybłagałam u strażnika obietnicami bogactwa
papier i długopis. Ma tę wiadomość zanieść do mediów czy do kogokolwiek, kto
zechce ją przeczytać. Kimkolwiek jesteś, napisałam samą prawdę. Musisz
rozumieć, że jestem niewinna. Że to wszystko było sprawką Florencji. Błagam,
pomóż mi. Obiecuję, że dostaniesz połowę firmy, jeśli wyciągniesz mnie stąd.
Muszę stąd wyjść. Jestem taka głodna.