W małej, niezbyt dobrze oświetlonej, a przez to dość smutno wyglądającej kawalerce, Dawid patrzył przez ramię swojego partnera w interesach, Adriana, w ekran własnego laptopa. Adrian wbiegł do mieszkania w ekstazie i musiał natychmiast pokazać przyjacielowi coś w Internecie. Widząc, co Adrian miał na myśli, Dawid czuł, że równie dobrze mógłby oglądać transmisję z latającym trójgłowym smokiem, który zmierza w kierunku ich bloku. Pierwszy szok minął, by ustąpić miejsca przerażeniu.
- Czy Ty naprawdę wydałeś wszystkie nasze pieniądze na chatę w Hiszpanii? Pieniądze, które zbieraliśmy przez ostatnie piętnaście lat. Na dom, którego nie widzieliśmy na oczy. Na dom, którego zdjęcia są, i tu muszę być bardzo delikatny w słowach, żeby ci nie przypieprzyć, rozmazane na tyle, że równie dobrze mogłaby być to stodoła, hangar, albo tekturowy policjant na poboczu. Co to w ogóle jest za strona internetowa, która wygląda jak dzieło naciągacza sklecone na kolanie?
- Dawid, musisz trochę zmniejszyć ciśnienie, bo pękniesz - odparł na to Adrian. - Strona jest legitna, zaufany człowiek mojego człowieka mi ją polecił.
- Ten twój człowiek to jest twój fryzjer, do jasnej cholery!
- Fryzjer, nie fryzjer, znakomitego tipa mi sprzedał. Pakuj swoje graty, wyjeżdżamy do pięknego Belchite na gorącej północy Hiszpanii. Spakuj kąpielówki!
- Mam ochotę ci przyp… - koniec zdania wypełnił już tylko pustą przestrzeń, Adrian zdążył ewakuować się z kawalerki, która przez ostatnie lata służyła im za wspólny dom, centrum dowodzenia, a przede wszystkim świątynie planowania świetlanej przyszłości.
Po kilku sekundach Dawid znowu usłyszał kolegę (tytuł do przemyślenia w świetle ostatnich minut), teraz w bezpiecznej odległości dla niego, krzyczącego z podwórka,
- Przemyśl to, i pogadamy jutro! Wrócę późno!
Dawid leżał na dolnej pryczy łóżka piętrowego, patrząc się w sklejkowy sufit, zza którego wyglądały fragmenty niedbale pościelonego górnego piętra. Nie był zły, już nie. Myślał teraz o wszelkich wyrzeczeniach, które musiał przetrwać w ostatnich latach, żeby zdobyć pieniądze na otwarcie wspólnego biznesu. Wspólny biznes. Myślał o tych wszystkich beznadziejnych pracach, których się podejmował, obrzydliwie licznych zleceniach, które zajmowały mu bezcenne weekendy jego młodości. Imał się wszystkiego, od budowlanki, po prace biurowe, segregowanie odpadów, porządkowanie domów po zmarłych. Myślał o wszystkich imprezach, które przegapił, związkach, które nigdy się nie wydarzyły. Cholera, w tym wieku to już wszyscy, głównie byli, jego znajomi, mieli dzieci. On jednak zawsze tylko zbierał grosz do grosza, z resztą tak samo jak Adrian, by mogli otworzyć własny pub. Miał się nazwać “Twój Nowy Dom”. Adrian, co Cię tak odkleiło? - powiedział na głos do sklejkowego sufitu.
Myśli kotłowały się jeszcze długo zanim zasnął. Śnił o rozbijających się tankowcach, palących się lasach i rodzicach, którzy wciąż mu powtarzali, “zejdź na ziemię”.
“Zejdź na ziemię”
W pewnym momencie do domu wrócił Adrian, skradając się, by nie obudzić współlokatora. Ale współlokator jeszcze nie spał.
- A pierdolić to wszystko, jedziemy - powiedział na głos Dawid. Powiedział do sklejkowego sufitu, do lat gównianych prac, do nieuczciwego świata, do szalonego współlokatora. I zasnął zaskakująco spokojnym snem. Koszmary na chwilę dały mu spokój, bo wiedziały, że to dopiero pierwszy rozdział.
***
- Żartujesz sobie ze mnie! - wykrzyknął Dawid i złapał za barki Adriana.
- To miejsce jest niesamowite! - nie mógł uwierzyć swojemu szczęściu i zaczął skakać z radości jak dziecko.
- Mówiłem Ci, to miejsce jest w stu procentach legitne i zajebiste - Adrian miał minę pewnego siebie, ale wewnątrz upajał się uczuciem ulgi. Udało się.
- Jakim cudem było nas na to stać? - Dawid nie mógł uwierzyć, to było jakby wygrali główną nagrodę w magicznym losowaniu.
Stali we dwójkę w bramie swojej nowej posesji. Znaczny teren, który teraz należał do nich, skąpany był w popołudniowym blasku skwierczącego słońca. W centrum tego placu stał jednopiętrowy dom z czerwonej cegły mogący pomieścić ich, ich rodziny i rodziny ich wnuków. Dookoła otaczały ich podobne, choć zdecydowanie mniejsze, działki, domy sąsiadów i zaniedbane kamienice, kiedyś przerobione na hostele. Okoliczne ławki zajmowali starsi ludzie, których ulubionych zajęciem musiało być smażenie się w słońcu i obserwowaniu tego, jak bardzo nic się nie działo dookoła. Czujny obserwator spostrzegłby chmarę much i innych insektów spokojnie spożywających posiłek na starcach, którzy nic nie robili sobie z bycia rozrywanym na strzępy, milimetr po milimetrze.
Dawid z Adrianem nie mieli wiele bagażu. Tym szybciej mogli wrócić do zachwytów nad nowym domem, który, choć wyraźnie nadgryziony zębem czasu, miał wszystko, czego potrzebowali: bieżąca woda, działająca lodówka, o dziwo nawet internet tu odbierał zasięg. Ktoś tu musiał mieszkać całkiem niedawno. Resztę wieczoru wspólnicy spędzili na poszukiwaniach sklepu spożywczego i świętowaniu szczęśliwego odkrycia przy lokalnych mięsach i napojach.
***
“Volver a la realidad”
Niezrozumiałe słowa, które przebiły się przez nocne koszmary wyrwały Dawida ze snu. Obrzydziła go lepkość poduszki. Cały był zlany potem i poruszony niespokojnym biciem serca. “Głupie sny, może przyjechaliście tu ze mną, ale niedługo spokój tego miejsca was wygoni”, pomyślał Dawid i wrócił do spania.
Był w błędzie.
Następne kilka dni minęły nowym mieszkańcom Belchite na poznawaniu nielicznych zakamarków miejscowości. Szybko przekonali się, że w dobry dzień nie było na ulicach żadnych turystów. W zły - żadnych mieszkańców. Nie żeby ich obecność coś zmieniała, bo każda próba interakcji, czy to z pomocą słownika, czy machania rękami, nie prowadziła do jakiejkolwiek rzeczowej dyskusji. Najwięcej, na ile mogli liczyć było “dzień dobry”, albo “ładna dzisiaj pogoda”, albo “idź pan pilnuj swojej chaty”. Nawet sklep spożywczy, jedyny w okolicy, jak się szybko okazało, mimo dobrego zaopatrzenia, nie miał w ofercie życzliwości ze strony właściciela, starszego mężczyzny, który wyglądem nie wyróżniał się ani trochę od reszty. Włącznie z muchami.
Tak minęły kolejne dni.
- Adrian… Co teraz? Nie mamy już żadnych pieniędzy. Z czego będziemy żyć?
- Bracie, los dał nam tę piękną miejscowość za pół darmo, na pewno ma pomysł na drugą połówkę.
Prosperowanie nie nadeszło. Nadszedł za to jeszcze większy upał.
Nie wiedzieli, który to był już dzień ich nowego życia. W jeden z nich, w samo południe, siedzieli przed domem w jednym z nielicznych miejsc ukrytych w cieniu. Pot spływał im po czołach, koszule mieli przesiąknięte i śmierdzące. Bzyczenie niewidzialnych much, bo nie dało się ich za cholerę zlokalizować, żeby zatłuc i uciszyć, stawało się czymś więcej niż irytującym elementem krajobrazu. Na przeciwko wciąż siedzieli ci sami starsi panowie. Nazwać to by można pojedynkiem w samo południe, po jednej stronie nowa krew Belchite, skulona w cieniu. Po drugiej stronie, na ławeczce ustawionej kilka metrów od płotu, w pełnym słońcu, stara gwardia, która nic sobie nie robiła ze spiekoty, much, ani najwidoczniej niczego. Jeden ze staruchów przytargał stolik i układał pasjansa.
- Mam dość. Idę szukać jakiegoś wiatraka - Dawid wstał raptownie, przewracając przy tym krzesło. Rozejrzał się dookoła i poszedł do piwnicy.
Co zaskakujące, w piwnicy było tak samo gorąco jak na zewnątrz. Dawid nie mógł przypomnieć sobie, czy był tu kiedykolwiek wcześniej. Ten upał prażył mu mózg, nie pamiętał, kiedy zaczęła mu siadać pamięć. Postanowił więc dla pewności sprawdzić wszystkie szafki, którymi pomieszczenie było zastawione.
Szaf okazało się być o wiele więcej, niż mógł się tego spodziewać. Piwnica z definicji i w klasycznym rozumowaniu wąska i przytłaczająca, okazała się być czymś na modłę podziemnej kondygnacji, wypełnionej istnym labiryntem szafek, zastawionych półek i przegniłych kartonów. Znaleźć w tym cokolwiek wartościowego okazało się próżnym życzeniem, część bibelotów rozpadała się w pył po ich dotknięciu, co było i tak lepszym uczuciem, niż łapanie za zgniłe owoce i warzywa, które dominowały w tym zaskakująco ciepłym pomieszczeniu.
“Rzygać mi się chce od tego potwornego smrodu”, pomyślał, już na głos powiedział, sam do siebie:
- Nic dziwnego, że wszystko tu gnije. Piekło chyba jeszcze gorsze jest tu niż, na zewnątrz. Idę - w tym samym momencie Dawida złapało na wymioty. Biegnąc na zewnątrz w kierunku toalety zdołał zauważyć jeszcze jeden detal - gdzieś między tymi półkami błysnęło mu coś na kształt klamki.
***
Następny dzień okazał się być kompletnym zaskoczeniem dla młodych właścicieli ziemskich w mieście Belchite. Nie żar wydobywający się ze wszystkich zakamarków ich rozbudził, lecz odgłosy gwaru na zewnątrz. Chłopaki równocześnie wyszli ze swoich sypialni. Spojrzeli po sobie szukając potwierdzenia, że nie mają omamów słuchowych, i wybiegli na zewnątrz.
Przed oczami mieli prawdziwe tłumy turystów przelewające się przez ulice. Dorośli, dzieci, starcy, rozmawiali między sobą w kilku, jeżeli nie kilkunastu, różnych językach. Wzdłuż ulic nagle wyrosły stragany obsługiwane przez tych samych starców, którzy wcześniej rozpadali się za życia. Teraz jednak to życie łapali w garści równie ochoczo, jak gotówkę od turystów, w zamian dając im pożywienie, obietnice zakwaterowania, a także coś co przypominało ręcznie wystrugane z drewna lalki. Wydawać by się mogło, że te ławice ludzi celowo okrążają działkę Dawida i Adriana, którzy wciąż byli na etapie szoku i niedowierzania. Pierwsza próba zrozumienia co się dzieje przypadła Adrianowi, który niby podkradł się do płotu na skraju działki i zagadał ludzi rozmawiających ze sobą po Angielsku. Adrian mówił na tyle głośno, żeby jego przyjaciel też mógł usłyszeć rozmowę, choćby nie chciał w niej uczestniczyć.
- Prze…. Przepraszam. Co tu się dzieje?
- Jak to co tu się dzieje? - pan Turysta z rozpędu zaczął robić Adrianowi zdjęcia, jakby był elementem dekoracji - pan tu przyjechał i nie wie co się dzieje? Na rocznicę przecież przyjechaliśmy! - turysta miał obrzydliwą aparycję, pot spływał po nim, śmierdział wczorajszym podkoszulkiem.
- Przepraszam, rocznicę czego?
- Jak to czego? “La batalla que destrozó este lugar” głupcze. W zasadzie to, chwila. Czy wy tu teraz przyjechaliście?
- Nie, my tu mieszkamy. Ten dom jest mój i mojego przyjaciela. Nazywam się Adrian, a to jest Dawid. - Jednym ciągiem gestów pokazał swój dom, podwórko i współlokatora.
- Lokalny pan jest? Ile za pokój?
- Ile… za pokój? Przepraszam na moment.
Adrian odbiegł od rozmówcy, wokół którego na słowo “pokój” większa liczba ludzi się zatrzymała, chyba licząc, że w domyśle jest połączony ze słowem “wolny”.
- Dawid, chyba wszystko będzie dobrze. Mamy jakieś osiem pokoi, które jakkolwiek nadają się do spania, prawda?
- Tak, ale… - Dawid po otępieniu ostatnich kilku dni miał problem z powrotem do szybkości myślenia, która zazwyczaj była potrzebna do interakcji z innymi ludźmi.
- Wspaniale. - Adrian podbiegł do płotu i krzyknął do tłumu.
- Pokoje dwuosobowe po sto dolarów za noc. Chcecie mieć gdzie spać przez całość tego destreza lugara. U nas będziecie mieć taką możliwość!
Na moment nastała cisza. Przez ten moment można było znów usłyszeć bzyczenie ukrytych much. Przez moment, bo po chwili chłopaki zostali pochłonięci przez tłum. Każdy głos domagał się, żeby to właśnie on mógł wynająć u nich pokój.
- Chyba zbyt mało pieniędzy od nich chciałem – powiedział półszeptem Adrian i zaczął po kolei wpuszczać ludzi, którzy byli najsprawniejsi w torowaniu sobie drogi łokciami.
Tego samego wieczoru, gdyby chłopaki przystawili uszy do drzwi swoich gości, mogliby usłyszeć na przykład rozmowę jednego z nich przez telefon. Ten chwalił się, że ma ugadany nocleg na działce i to dokładnie tej działce, gdzie “zaraz się zacznie”. Mogliby to usłyszeć i może nawet wyciągnąć jakieś wnioski. Byli jednak zbyt zajęci prowizorycznymi zakupami w sklepie, bo przecież musieli czymś nakarmić gości ich prowizorycznego hotelu.
***
- Adrian… psst! - Dawid był przytulony do ściany w holu i przez lekko uchylone drzwi sypialni próbował obudzić przyjaciela. Ten jednak spał jak pogrążony w śpiączce, więc Dawid wszedł do środka, by na chwilę przestać się skradać i złapać Adriana za ramiona i nim potrząsać.
- Yhm co jest? - oszołomiony Adrian spojrzał przed siebie. Twarz Dawida była milimetry od jego.
- Coś dziwnego tu się dzieje. Podejdź ze mną do okna, tylko się nie wychylaj. Idź przy ziemi, tak jak ja.
- Dobra dziwaku. Która to jest… mamy środek nocy!? - Adrian spojrzał w zegarek ale, mimo iż zdruzgotany, to posłuchał.
Razem wypełzli z pokoju, by doczołgać się do okna w korytarzu. A raczej Dawid pełzał, Adrian był zbyt zaspany, by uczestniczyć w tych, dla niego, przedziwnych i zupełnie nie na miejscu o tej godzinie, podchodach.
- Patrz! – wykrzyczał szeptem Dawid, lecz nie było to już potrzebne, bo Adrian na widok wydarzeń na zewnątrz natychmiast wybudził się z letargu.
- Oni… tańczą?
- Nie wiem, patrzyłem na to przez dobre pół godziny, ale nie jestem w stanie do końca powiedzieć, co tu się dzieje. Spójrz, to wszyscy ludzie, którzy wynajęli nasze pokoje, ale nie tylko. Tu jest dobre kilkadziesiąt osób.
- Czy ty też widzisz, że niektórzy z nich są czymś wysmarowani? Czy to krew?
- Nie wydaje mi się, skąd by jej tyle wzięli? - wzdrygnęli się na samą myśl, jak mogłaby wyglądać odpowiedź na takie pytanie.
- Widzisz tego w masce z rogami z gałęzi? Każdy kto tam jest robi kółka wokół niego… Mówisz, że skojarzyło Ci się to z tańcem, mi to bardziej przypomina jakiś rytuał. Każdy po tym kółku podchodzi do tego w masce, i ten oblewa ich z wiaderka tym czerwonym czymś.
- Kurwa! - Adrian poślizgnął się na brudnej podłodze i głucho pacnął głową w szybę.
Jak na sygnał alarmu, wszyscy zebrani na podwórzu przestali robić, cokolwiek to było, by zwrócić głowy w kierunku źródła hałasu. Dawid i Adrian poczuli na sobie spojrzenie kilkudziesięciu par oczu. Człowiek w masce wykrzyknął zdanie w języku, który dwójce podglądaczy był zupełnie nieznany i mógł jedynie kojarzyć się z okrzykiem plemiennym z dokumentu o podróżowaniu przy braku obuwia. Na ten sygnał całe zgromadzenie rozpierzchło się na wszystkie strony. Minutę później plac przed ich domem stał zupełnie pusty, jakby nie wydarzyło się tu nic.
- Co teraz? - Adrian rozmasowywał bolące czoło.
- Wchodzimy do jednego pokoju, zastawiamy drzwi i okna czym tylko się da i czekamy na słońce. Mam złe przeczucie.
***
Adrian chrapał na zaimprowizowanym łóżku ze szmat, podczas gdy te prawdziwe stało oparte o klamkę, robiąc za barykadę. Razem z szafkami miały stanowić zaporę nie do przejścia. Oby. Dawid niemo wpatrywał się w blokadę, zerkając też nerwowo przez okno, niestety to skierowane było nie na plac, lecz jedynie na ulicę. Jednak nie to było teraz największym zmartwieniem Dawida, którego uwagę przyciągało szaleńcze tupanie za drzwiami. Ciche szepty w nieznanych mu dialektach. Dźwięk przesuwania ciężkich rzeczy przez korytarz. Dźwięki, które niebezpiecznie przypominały próby wymawiania ich imion w nieprzystosowanych do tego akcentach.
- Aniele Boży, stróżu mój… - szeptał Dawid szukając pomocy w tym mieście, co nazywało się Belchite, w którym z Adrianem byli zupełnie sami.
***
Z pełnego koszmarów letargu wyrwało go pianie koguta. Odkrył z przerażeniem, że drzwi są otwarte. Adriana nie było nigdzie w pokoju.
- Adrian! - Dawid wybiegł z pokoju na korytarz czując na skórze lepkie promienie tutejszego słońca. Tak bardzo go nienawidził.
- No wstała księżniczka. Chodź do kuchni, robię śniadanie.
Wpadł do kuchni. Ku jego zdziwieniu, poza pokojem z którego wybiegł, nic nie wskazywało na to, że tej nocy w domu nie wydarzyło się nic niezwykłego.
- Adrian, co tu się dzieje? Dlaczego wyszedłeś? Przecież tu może być niebezpiecznie!
- Dawid, niebezpiecznie będzie, jak ja zaraz czegoś nie zjem. - Adrian spojrzał z uśmiechem na kolegę. Mina mu szybko zrzedła widząc wyraz jego twarzy.
- Jak to? Przecież to zgromadzenie w nocy na naszym podwórku. Ty spałeś, a ja musiałem słuchać jak tu, na naszym korytarzu coś się działo. Jestem przekonany, że to coś miało nas obranych za cel.
- Wiesz co, Dawid. Ja tak sobie właśnie to wszystko przemyślałem. Ewidentnie mamy tu do czynienia z jakimś festynem, o którym wcześniej nie wiedzieliśmy. Turyści zrobili sobie imprezę u nas na dworze, no i w zasadzie co z tego? Zobaczyli nas, przestraszyli się, że zaraz im pokoje wymówimy, to pouciekali, jak licealiści, których dyrektor przyłapał na szlugu. Powiem więcej, nasi lokatorzy wyprowadzili się nad ranem, jak jeszcze spałeś. Pięknie podziękowali, porządek zostawili i, teraz słuchaj mnie uważnie, wszyscy zostawili opłatę jak za tydzień. Jesteśmy zarobieni. Jak tylko zjem śniadanie, wchodzę do Internetu i szukam sklepów, które dowożą swoje dobra do tej wspaniałej i jakże hojnej dla nas miejscowości!
- Internet! Dlaczego ja o tym od razu nie pomyślałem!?
Internet działał bardzo nieregularnie w Belchite. Kilka dni wcześniej, podczas jednego z napadów frustracji wywołanego przerywanym odbiorem Internetu, Dawid wrzucił telefon do szafy i starał się o nim zapomnieć. Przez ten upał był zbyt poirytowany, żeby szukać kresek zasięgu w całym mieście. Ten upał nie dawał mu wytchnienia, już na pierwsze promienie porannego słońca, skóra na jego ciele broniła się przed nim, jakby dostał uczulenia. Chciałby się podrapać, ale już i tak narobił tym sobie mnóstwo ran. Cały czas chciałby się drapać.
Nie trudził się szukaniem zasięgu w domu, wytoczył się na zewnątrz i pobiegł w kierunku oddalonego o zaledwie kilkaset metrów od ich działki, wzniesienia, które wyznaczało sobą skraj miasta. Do tej pory nie trudził się wspinaniem na nie, gdyż miał podejrzenie, że upał musiał tam być jeszcze bardziej wkurwiający. Teraz jednak nie miało to znaczenia. Potrzeba zrozumienia co tu się do licha dzieje była silniejsza, niż zapach palonej skóry. Uzmysłowił sobie też, że ulice znowu zieją pustkami. Wszystko wróciło do normy, a poprzedni dzień najwyraźniej w ogóle się nie wydarzył, albo ktoś chciał, żeby Dawid tak myślał. Było czysto, a raczej brudno, tylko już bez śladów przemarszu setek ludzi. Wszędzie powinno być pełno śmieci - typowo dla turystów z zakodowany głęboko w turystycznym DNA braku szacunku dla otoczenia. Lokalni mieszkańcy znowu zasiedli na ławeczkach i posłusznie karmili chmary much swoim starczym ciałem. Dlaczego nie było tu w ogóle młodszych ludzi? W zasadzie to kobiet też tu nie ma żadnych, tylko starzy, na wpół przegnili chłopi.
Zgodnie z podejrzeniem Dawida, na szczycie wzniesienia sygnał działał całkiem dobrze, natychmiast więc rozpoczął gorączkowe wpisywanie wszystkich słów, jakie usłyszał poprzedniego dnia, mając nadzieję, że Internet coś z tego zrozumie.
“Przykro mi, nie wiem, co to batalia destrozo. Czy chciałbyś żebym wymienił Ci 10 ciekawych festiwali w Twojej okolicy? Podaj proszę adres.”
Bezużyteczne AI.
“Przykro mi, nie wiem co to Belchite.”
“Przecież w Polsce znalazłem nawet wpis w Wikipedii o tym mieście! Wyjątkowe w nim było to, że nie było w nim nic ciekawego.”, pomyślał.
- Nie kłam Ty bezużyteczna sztuczna inteligencjo, co to jest Belchite w Hiszpanii?! To jest przecież prawdziwe miejsce. Jestem w nim do cholery!
“Dobrze, może chodzi Ci o Belchite w Hiszpanii? Jest to nieistniejąca już miejscowość, której mieszkańcy w czasach generała Franco zostali zamordowani za domniemaną działalność opozycyjną. Miejscowa legenda głosi, że krew zabitych skaziła grunt do tego stopnia, że okolica jest niezdatna do upraw, czy zamieszkania. Oczywiście jest to niemożliwe, ale fakt jest taki, że od kilkudziesięciu lat nikt nowy nie zamieszkał w tym mieście i według spisów ludności nikogo tam nie ma co najmniej od dwutysięcznego roku. Czy mogę polecić Ci hotele w okolicy, najbliższy powinien być już za niecałe dwadzieścia kilometrów.”
- Przecież ja tu mieszkam. Kupiłem tu dom. Widziałem ludzi. Żywych ludzi. Co tu się dzieje!? - krzyknął w telefon, który od nadmiernej ekscytacji wypadł mu z rąk, spadając na kamień pod idealnym kątem by roztrzaskać się na kawałki.
- Po prostu wspaniale - Dawid poczuł się pokonany. Nie miał nawet sił by posprzątać szczątek. Zrezygnowany poszedł do domu.
***
Powrotna, spokojniejsza droga trochę pomogła mu z nabraniem perspektywy. Pomyślał, że w sumie to całkiem głupie, że tak krzyczał na telefon. W zasadzie, skoro Adrian mówił, że nic się nie stało, to co w niego wstąpiło? Tylko dlaczego nie mógł znaleźć żadnych informacji o tym mieście, ani o festiwalu? To wszystko przez ten upał. Smażyło, jakby znalazł się w samym piekle.
Może tam właśnie był?
***
- Adrian, i co, udało Ci się coś zamówić? Ciekawe, czy zgodziliby się postawić nam tu paczkomat. - Dawid próbował żartować, ale zorientował się, że mówi w próżnię. Współlokatora nie było w żadnym pokoju.
- Adrian? Gdzie jesteś? - świeżo odzyskany spokój opuścił Dawida, który momentalnie zmienił się z Doktora Jekylla w Pana O-Ja-Pierdolę-Zaraz-Zginiemy.
- Adrian!
- Adrian!
Dawid wybiegł z domu, szukając w głowie jakichkolwiek pomysłów. Nie miał nawet, żeby zadzwonić na policję.
- Adrian!!
- Co? - Adrian wyszedł z piwnicy, cały spocony i ubrudzony. - Co? Co? CO????
- Matko, przestraszyłem się, że Cię porwali. Ja już chyba tracę rozum przez ten upał. Co tam właściwie robiłeś?
- Widzisz, mój przyjacielu, chciałem kupić nam, werble, klimatyzację! Ale okazało się, że jedna, jedyna firma w okolicy, która sprzedaje takie cuda i mieścimy się w zasięgu ich dostawczaka, chyba zdaje sobie dobrze sprawę, że jest jedyną firmą w okolicy, która sprzedaje takie cuda. W związku z tym chce zapłaty jak za prawdziwy cud, a na takowy nas wciąż nie stać. Przypomniało mi się, że wspomniałeś o olbrzymiej piwnicy z mnóstwem dupereli w środku. Miałeś rację, z zewnątrz wygląda jak podziemna szopa, w środku to prawdziwy labirynt. Niestety, ten labirynt nie miał złota, za to mnóstwo gówna, tak jak mówiłeś. Idę z siebie to gówno zmyć. Nie drzyj się na całe osiedle, bo ludzie pomyślą, że nie jesteśmy dobrymi sąsiadami, tylko jakimiś dzikimi imigrantami, co nimi straszą ludzi, którzy nigdy nie wyszli z domu.
- Dobrymi… sąsiadami? - Dawid tępo patrzył, to na plecy Adriana znikające za drzwiami domu, to na piwnicę. Zerknął też na sąsiadów za płotem, którzy siedzieli dokładnie tak jak rano, kiedy wychodził. Tak jak wczoraj. Tak jak przedwczoraj.
- A sprawdziłeś może co jest za drzwiami w piwnicy? Kojarzę, że tam jakaś klamka była i zarys drzwi. Może tam coś jest? - Adrian już tego nie usłyszał.
Dawid myślał jeszcze o swojej sytuacji przez kilka minut. Festiwal, tańczący ludzie w nocy, hałasy na korytarzu. To było dzisiaj w nocy, czy w zeszłym tygodniu? Ten upał był nieznośny. Klimatyzacja naprawdę byłaby fantastyczna, że też od razu o tym nie pomyślał!
Walka z upałem całkiem już zastąpiła inne bolączki więc Dawid postanowił przyłączyć się do poszukiwań fantów na sprzedaż. Wszedł do piwnicy, w której było jeszcze bardziej lepko i upalnie. Znalazł klamkę, którą wcześniej zauważył ledwie kątem oka. Pociągnął za nią, a drzwi otworzyły się bez najmniejszego oporu. Wszedł do środka.
***
Adrian wyszedł spod prysznica. Stęchły zapach ulotnił się z jego ciała. Czuł się znakomicie.
- Byłoby jeszcze lepiej, gdyby w końcu udało mi się pozbyć tego wrzodu na dupie, już zbyt mocno mi ciąży - powiedział na głos.
***
To był pokój, a raczej coś na modłę pokoju. Bardziej pieczara, podłużny korytarz, ciągnący się na jakieś dwadzieścia-trzydzieści metrów. Ściany były w stanie surowym. Pomieszczenie było z jednej strony całe zastawione lodówkami, brudnymi i pożółkłymi. Niektórym brakowało nóżek, inne były zaczadzone, jakby coś przy nich wybuchło. Po drugiej stronie regały z książkami. Dziesiątkami, może nawet setkami książek. Na końcu korytarza szmaty ułożone, by służyć za namiastkę materaca, co znaczyło, że ktoś tu musiał spać. Pytanie tylko, jak dawno.
Adrian ostrożnie podszedł do półek. Nie był detektywem, ale potrafił dostrzec, że niektóre okładki są mniej zakurzone od innych. Jedna musiała być wyciągana niedawno, widać było wyraźny ślad w kurzu, który nie zdążył jeszcze pokryć się świeżą jego warstwą. Wyjął ją i Dawid. Wyglądała bardzo staro. Okładka przedstawiała karykaturalnie powykręcane zwierzę, prawdopodobnie wilka, którego twarz krzyczała z bólu, przez który przebija się prymitywna wściekłość. Był cały czarny, tylko jego oczy świeciły jak małe gwiazdy przebijające się przez mrok. Dawida przeszedł dreszcz, kiedy, mógłby przysiąc, oczy groteskowego wilka skierowały się w jego stronę. Upuścił książkę. Dlaczego musi tu też być tak gorąco.
Otarł oczy z kłującego potu, spojrzał znów na okładkę. Wilk tępo patrzył przed siebie, tak jak go narysowano. Jestem zbyt zmęczony, pomyślał Dawid. Podniósł książkę i zaczął ją kartkować. Na okładce nie było żadnego napisu, w środku znalazł jedynie odręcznie pisane notatki, bazgroły, z których nic nie dało się odczytać. Nie mógł to być zwykły alfabet. Przypominał coś na kształt cyrylicy, gdyby wymyślił ją pacjent szpitala dla obłąkanych. “To może być wiele warte”, Dawid pocieszył się tą myślą i odłożył książkę na półkę. Musi tu wrócić z torbą.
Sprawdzał kolejne książki. Wszystkie były bardzo podobne do siebie. Torturowane zwierzę na okładce i bazgroły w zmyślonym języku wewnątrz. Niedźwiedź. Kot. Pies. Tygrys. Lew. Wąż. Coś, co musiało być trójgłowym smokiem. Kuna. Słoń, który najwyraźniej był złożony z małych białych elementów. Krowa. Cały inwentarz razem z klasykami z atlasów dla dzieci o dalekich krainach. “Ile tego tu jest, na pewno jakiś szalony zbieracz historycznych bzdetów zapłaci za to fortunę!”, pomyślał. W końcu coś w tej beznadziejnej sytuacji zaczęło dobrze rokować na przyszłość. Sprzedadzą zawartość tej księgarni z piekła rodem, kupią klimatyzację, wydarzenia z nocy odejdą w niepamięć. Będzie można zacząć życie tutaj od nowa.
Może jeszcze będzie tu całkiem miło.
Nie będzie.
Dawid miał już wyjść z piwnicy, ale przypomniał sobie, że przecież nie zajrzał jeszcze do lodówek. Jeżeli w środku było jakiekolwiek jedzenie, musi być już przegniłe, śmierdzące i obrzydliwe, jednak z kronikarskiego obowiązku postanowił to sprawdzić. Otworzył pierwszą z brzegu. W środku były kości. Dużo kości. Dużo małych kości, które w jego ocenie należały wcześniej do dziesiątek kur, lub innych małych ptaków. Kolejne lodówki. Wszędzie to samo. Brak śladów jakiejkolwiek materii, która mogła się zepsuć.
Znowu, nie był żadnym detektywem, ale podejrzane wydawało się Dawidowi, że były tu chowane same kości. Nie miał jednak siły zastanawiać się nad tym, co tu się działo. Były książki, było prowizoryczne miejsce do spania, były stosy małych kości.
To jest zagadka na inny dzień. Najpewniej na nigdy, pomyślał i wrócił do domu.
***
- Adrian, mam super wiadomość, możliwe, że będzie nas stać na klimatyzację w każdym pokoju! Co jest? - Dawid stanął w progu jak wryty, gdy zobaczył Adriana siedzącego na podłodze w korytarzu.
Siedział nago, na poduszce, i stanowił sobą centrum wymalowanej na suficie i ścianach czerwonej kopuły. Z miejsca, gdzie stał Dawid, kopuła przypominała prawdziwy trójwymiarowy obiekt z przyjacielem w środku.
- Co to jest? Wszystko z tobą w porządku? - Dawid znów zaczął mieć nieprzyjemne skojarzenia z zeszłym wieczorem. Co, jeżeli Adrian został zahipnotyzowany? Tylko, czy hipnoza istnieje naprawdę?
- Sorry Dawid, wysłałem Ci smsa, żebyś nie przestraszył się wchodząc. Tak musiałem usiąść, jak mnie bozia stworzyła. Pamiętasz firmę, która sprzedaje klimatyzację tutaj w okolicy?
- Tak…? - Dawida zaszokowała nagła zmiana toru rozmowy, która na dobrą sprawę jeszcze się nie rozpoczęła.
- O, to super. Zaczekaj, tylko założę coś. - Adrian wszedł do swojego pokoju i obwiązał się ręcznikiem, by móc kontynuować w mniej krępującej dla Dawida stylizacji.
- No więc ta firma od klimatyzacji. Stwierdziłem, że trochę potarguję się z nimi. Robiło się w handlu, co nie? Także dzwonię do nich. Właścicielka na początku niezbyt chciała rozmawiać po angielsku, nawet coś kombinowała z jakimś programem do tłumaczenia synchronicznego. Pomysł super, mówię Ci, ale nie działało to najlepiej. W zasadzie to w ogóle nie działało.
- Adrian, o czym Ty mówisz?
- Spokojnie. No więc, po walkach z robo-tłumaczem Pani się poddała i wróciliśmy do rozmowy po angielsku. Wyobraź sobie, że szybko jakoś tak się przestawiła i wtedy to już całkiem płynnie nam szło. Wspaniała Pani, będę musiał osobiście pojechać kiedyś po ten klimatyzator, mówię Ci.
- Czyli kupiłeś taniej?
- Nie. Nie w tym rzecz. Ale odpowiadając na Twoje pytanie to nie, nie kupiłem taniej klimatyzatora. Ale udało mi się coś o wiele wspanialszego. Poznałem dzisiaj nową koleżankę, z którą rozmawiałem dobrą godzinę. Gdzie Ty byłeś w tym czasie? Tak czy inaczej, rozmawialiśmy o wszystkim, życiu, śmierci i wszystkim pomiędzy. Fascynująca rozmowa. Czy wiesz, że jak Hiszpanie mówią, że ktoś jest wspaniały, to jest mlekiem? Ta rozmowa była samym mlekiem.
- Adrian, co się dzieje? Czy Ty jesteś pijany?
- Nie, obiecuję, że już zaraz kończę. Rozmawiamy w pewnym momencie o lokalnych tradycjach, bo powiedziałem jej, że jestem Polako, i że Polako, jak wprowadzi się do nowego domu, to musi zaprosić znajomych, żeby ochrzcić parapet. I że jak jest teraz moją dobrą znajomą to musi przyjść do nas na ten parapet bailando. Uśmiała się, mówię Ci. Na to ona mówi, że przyniesie zioła, co trzeba podpalić w każdym pomieszczeniu w nowym domu, żeby duchy wypędzić, taka tradycja u niej w regionie. Ja na to, że super i pytam, na co jeszcze ma takie magiczne metody. Ona odbija piłeczkę, żebym spróbował ją czymś zaskoczyć. I wiesz, ten mój problem, dzisiaj już tak mi doskwierał, że nie przyszło mi nic innego do głowy i zgadnij co jej powiedziałem?
- Nie…?
- Powiedziałem jej, nowo poznanej przyjaciółce, nie, zapytałem ją, czy ma magiczne sposoby na wrzody na dupie.
- Adrian… Skąd Ty wiedziałeś, jak jest wrzód na dupie po angielsku?
- Oj, sprawdziłem w internecie, ona tak samo. I wtedy zaczyna śmiać się, ale tak serdecznie. I teraz finał, mówi mi, że mają w rodzinie od dziada, pradziada sprawdzoną metodę. Sto procent skuteczności. Musisz namalować czerwony tunel na przeciwko drzwi frontowych. Następnie rozbierasz się do naga i siadasz na czymś miękkim w samym środku tego malunku. Później powtarzasz do znudzenia “volver a la realidad”
- Co? Co to znaczy? - Dawid miał wrażenie, że gdzieś to już słyszał.
- Wybacz bracie, ale nie pamiętam. Tak skupiłem się na ćwiczeniu poprawnej wymowy przez telefon, że umknęła mi reszta. No więc wszystko to wykonałem, siedziałem i powtarzałem w kółko te volver a la realidad i nagle czuję, że coś się we mnie zmieniło. Wrzody zniknęły. Mówię Ci, od tamtego momentu już tylko siedziałem sobie dla przyjemności, jak nowy człowiek, na tej poduszeczce.
- Czekaj, to nawet nie zakwestionowałeś tego całego cyrku, który kompletna nieznajoma Ci podyktowała?
- Oczywiście, że zakwestionowałem. Zapytałem ją, kiedy poprosi o nagranie tego wszystkiego i wysłanie jej na maila. Szczerze, gdyby zmniejszyło to cenę klimatyzatora, to byłem na takim etapie, że zgodziłbym się i na takie rozwiązanie. Ale nie, ona mówi, że nic z tych rzeczy, nie namawia mnie, ale gwarantuje skuteczność zabiegu. Mówiła to takim pewnym tonem, że przekonała mnie. I dzięki niebiosom, bo zadziałało. Nie wiem jak, ale zadziałało. Ewidentnie te okolice muszą mieć coś w sobie, że leczą się tu nawet wrzody.
- Ok, poddaję się. Jak ta rozmowa się zakończyła? Jedziesz do niej, czy ona do Ciebie?
- Nie no, Dawid, ja nie z takich. Ale Ona, przepraszam, Camila, przez “C” mój drogi, uważaj na to, zapytała mnie, jaki mam adres, żeby wystrzegać się w moich okolicach parapetów z wrzodami. Zabawna. No to ja jej mówię nasz adres. I teraz gorzki finał.
- Już mówiłeś, że będzie finał…
- Drugi finał. Tamten to był finał tłumaczenia, dlaczego takim mnie zastałeś. Teraz finał mojej nowej znajomości. Jak tylko powiedziałem, że mieszkamy w Belchite, jej telefon padł. Od razu dzwonię znowu, ale nie ma sygnału. Bateria jak nic, bo to był numer jak telefonu komórkowego. Spróbowałem jeszcze kilka razy, ale bezskutecznie. Pewnie nie wzięła ładowarki do pracy. Ale nie martwię się, zadzwonię jutro. I tak muszę jej podziękować za wyleczenie mnie z tego badziewia.
Adrian naprawdę wyglądał na szczęśliwego, nie było po nim widać ani śladu zmęczenia tym upałem, szaleństwem poprzedniej nocy i, całkiem niedawnym, grzebaniem się w zgniłych bibelotach.
Dawid opowiedział mu o znalezisku z piwnicy. Każdy kolejny szczegół opowieści poszerzał mu uśmiech na twarzy, jeszcze kilka i górna jej część nie miałaby już żadnego mocowania z ciałem. Zatarł ręce w geście gotowości na nadchodzącą fortunę.
- Dawid, ja wychodzę z domu. Słowo daję, energia tak mnie rozpiera, że muszę pobiegać. Jak wrócę to zbieramy te książki i robimy zdjęcia. Trzeba by poszukać najpierw odpowiedniej strony do sprzedaży tego typu przedmiotów. Nie, najpierw musimy skontaktować się z kimś, kto podejmie próbę wyceny tego. Nie, zaczniemy od… - Adrian właściwie mówiąc już tylko do siebie, wyszedł z domu, pozostawiając po sobie ciszę i pustkę. I wielkie czerwone bazgroły na ścianach i suficie.
Dawid nie miał pomysłu, co ze sobą zrobić. Jedyne co przyszło mu do głowy to drzemka. Był wykończony ostatnią dobą, która była wisienką na gównianym torcie pieczonym od momentu, kiedy tu się przeprowadzili. Był jednak pewien, że po sprzedaży nowo-odkrytych skarbów los przetasuje ich talię i wybierze mu znacznie lepsze karty. Kto wie, może tyle na tym zarobią, że sprzedadzą jeszcze ten dom i wyniosą się w jakieś znacznie ciekawsze miejsce, ze sklepami i życiem na ulicach. I klimatyzacją. Piękna wizja, przy której Dawid położył się do swojego łóżka i zasnął.
***
Niezmącony niczym sen zakończył się w środku nocy. Od przeciągniętej w czasie drzemki Dawidowi kręciło się w głowie. Był w ubraniach, w pokoju było ciemno, a, co najważniejsze, na zewnątrz było cicho. Z jednej strony był na siebie zły, że przespał całe popołudnie, kiedy mieli z Adrianem pracować. Z drugiej strony był mu wdzięczny, że dał mu odespać te wszystkie koszmary. Z trzeciej strony też podświadomie bał się nocy i co wraz z nią nadejdzie tym razem. Na szczęście wyglądało na to, że obawy okazały się być bezpodstawne. Dawid wstał, spojrzał przez okno, i natychmiast opadł na łóżko. Po drugiej stronie okna stała postać w masce, z rogami zrobionymi z gałęzi.
Był to bardzo wysoki mężczyzna. Poza maską i nadmierną muskulaturą, zdobiła go jedynie przepaska biodrowa. Na ciele miał liczne symbole wymalowane czerwoną farbą. Mimo iż nie było widać jego oczu, nie było wątpliwości, że wpatrywał się w Dawida, nie poruszając się przy tym ani na milimetr. Stał i patrzył. Twarz miał przy samej szybie. Gdyby nie maska, jego oddech zostawiał by ślad na szkle. Był jak posąg. Dawid oklapł na łóżko i również zastygł w bezruchu. Wewnątrz czuł, że głowa zaraz mu eksploduje, razem z sercem. Jak bardzo chciałby się teraz napić wody. Chciałby się poruszyć, ale strach przeszył go do tego stopnia, że czuł jakby jego duch opuścił ciało i oglądał teraz tę scenę z boku. “Dlaczego on nic nie robi”, pomyślał. “Muszę się ruszyć, muszę uciekać, muszę znaleźć Adriana”.
- Adrian! - Dawid przypomniał sobie o przyjacielu. Własnym krzykiem wybudził się z odrętwienia. Zerwał się na równe nogi i skoczył w kierunku drzwi. Otworzył je i tuż za nimi zastał Adriana.
Adrian stał w korytarzu otoczony dziesiątkami ludzi, którzy zapełnili każdy fragment wolnej powierzchni. Kobiety, mężczyźni, wszyscy również pokryci wzorami z czerwonej farby. Rozpoznawał wśród tych ludzi byłych lokatorów, a także nielicznych mieszkańców Belchite.
- Dawid, obawiam się, że musimy porozmawiać - Adrian próbował mówić w spokojnym tonie, ale strach łamał mu głos.
- Adrian, dzięki niebiosom, nic Ci nie zrobili. Musimy uciekać!
- Widzisz Dawid, nie wiem jak to powiedzieć, żeby nie zabrzmieć jak ostatni skurwysyn. Nie uciekniemy stąd. Znaczy, Ty nie uciekniesz, na mnie na zewnątrz czeka taksówka. Proszę, nie miej mi tego za złe, ale wczoraj rano nasi lokatorzy uzmysłowili mi, co tu się dzieje.
- Co… co tu się dzieje? - Dawid tracił grunt pod nogami.
- No więc właśnie. Wyobraź sobie, że nasza działka jest obiektem corocznego rytuału. Ci tutaj wspaniali ludzie muszą co roku poświęcić życie człowieka, żeby na świat nie wrócił zły duch generała Franco. Niesamowita historia. Jeszcze bardziej niesamowite było to, że pan, który najpłynniej mówił po angielsku, powiedział mi, że docenia gościnę, którą im przygotowałem poprzedniego dnia i że do rytuału potrzebują tylko jednej osoby. Co za fart, prawda?
- Adrian, co zrobiłeś?
- Nic nie zrobiłem, przyjacielu. W zasadzie to przepraszam, zrobiłem. Powiedziałem tym ludziom, że jak mnie oszczędzą i zabiorą z tego przedsionka piekła, to upewnię się, że ty bezproblemowo stawisz się na rytuał. Co miałem zrobić? Musisz to zrozumieć, na moim miejscu zrobiłbyś to samo.
- Jak to upewnić się, że stawię się na rytuał? Przecież ty nic nie zrobiłeś do ciężkiej cholery.
- I to jest najciekawsze. Miałem stracha, co ja z tobą zrobię po poprzedniej nocy. Byłem pewny, że po tych wszystkich tańcach i nocnym czuwaniu, będziesz od razu chciał spierdalać. - Jeden z wymalowanych ludzi szturchnął Adriana. - Tak wiem, już się streszczam. - Zwrócił się do niego i kontynuował. - Zabawne, nie mieli problemu stać tu przez kilka godzin w bezruchu, czekając, aż wstaniesz, a teraz nagle im się śpieszy. Wracając, bałem się, że od razu będziesz chciał brać nogi za pas, i że będę musiał Cię znokautować i związać, czy coś. Trochę mnie to przerastało, ale wtedy zacząłeś jak wariat biegać z telefonem po całym mieście, wróciłeś zmarnowany jak pięć lat studiowania kulturoznawstwa, i jeszcze do tego dalej marnowałeś ostatnie siły mentalne na zabawy w archeologa. Znam Cię, mój przyjacielu, i wiedziałem, że po tym wszystkim padniesz jak kamień. - Kolejne szturchnięcie. - Dobra, Dawid, mam nadzieję, że mi kiedyś to wybaczysz, tymczasem wracam do Polski. Dawid?
- Co? - Dawid miał łzy w oczach. Czy to wszystko to był jakiś program telewizyjny. Czy ktoś go wkręca? Gdzie są ukryte kamery?
- Miałeś rację, lepiej było nie kupować domu z szemranej strony w Internecie. Straszny kwas z tego wyszedł. - Adrian skinął głową do szturchacza, który pociągnął go za sobą w kierunku wyjścia. Reszta zgromadzenia zaczęła powtarzać inkantacje w nieznanym Dawidowi dialekcie, z każdym słowem zbliżając się do niego coraz bardziej.
Dawid przed oczami miał karuzelę obrazków ze zdarzeń z ostatnich kilku minut. Sen, zdrada, strach, facet w masce, tłum fanatyków, jedyny przyjaciel, jakiego miał, który wbił mu sztylet w serce, patrząc przy tym prosto w oczy. Tego było już za wiele. Z jego gardła wydobył się prymitywny, wręcz zwierzęcy krzyk ofiary zapędzonej w kozi róg. Odepchnął najbliższej stojącą osobę, która nie spodziewała się tego i na wzór bili do kręgli przewróciła najbliższe siebie towarzystwo. Wciąż krzycząc, Dawid wskoczył do swojego powoju i zatrzasnął drzwi. Przewrócił szafę z ubraniami, robiąc namiastkę barykady, po czym osunął się na podłogę i zaniósł się płaczem. Wyrzucił z siebie całą bezradność i niezrozumienie tego, co się właśnie wydarzyło. W pewnym momencie spojrzał na okno. On tam dalej stał.
- Czego kurwa ode mnie chcesz? Co tak stoisz? Dlaczego tu nie wejdziecie i nie zrobicie, co macie zrobić!?
***
- Ośmiornica - odpowiedział posąg po angielsku.
- Co powiedziałeś? Zrozumiałeś, co do Ciebie mówię?
- Ośmiornicę trzeba porządnie przestraszyć przed gotowaniem. Jest wtedy smaczniejsza. Ty jesteś ośmiornicą. Rozumiem ciebie, bo mam w uchu automatyczny translator, świetny gadżet, kuzynka mi poleciła. Powinieneś kiedyś wypróbować. Znaczy, nieważne. Jak już będziesz gotowy, to zapraszam na korytarz. Moi ludzie zaopiekują się Tobą.
Jak na sygnał rozpoczęła się kanonada dźwięków i stukotów za ścianą. Dawida olśniło. Chcą żeby z przerażenia poddał się i sam wyszedł. To ma być dobrowolna ofiara. Był zmęczony, obolały. Marzył, żeby to wszystko, ten koszmar w przedsionku piekła już się zakończył. Może więc nie było to takie złe wyjście. Wyjść z pokoju i poddać się rwącemu potokowi wydarzeń. Może poświęcenie ofiary odbywa się przy pomocy szybkiej i humanitarnej metody. Wykończony umysł skupił się na tej myśli przez chwilę. Wyliczał w myślach, ścięcie głowy byłoby szybkie. Postrzał z broni palnej byłby szybki. Metodyczne wyrywanie kończyn, by mógł patrzeć jak wypływają na zewnątrz jego narządy wewnętrzne, jednocześnie utrzymując jak najdłużej przy życiu, żeby nie przegapił całego przedstawienia, to brzmi na coś bardzo długiego, bolesnego, i niestety prawdopodobnego w przypadku takich rytualnych morderstw. Nie.
Nie!
Dawid skinął głową w kierunku maski, dając znak, że poddaje się i wychodzi. Podszedł do przewróconej na drzwi wejściowe szafy, żeby utorować sobie drogę na korytarz. Złapał za drzwi szafy, które ułamały się przy upadku. Sporo odgruzowywania przed nim. Wziął drzwi szafy w obie ręce, po czym, dla nadania rozpędu, niczym kulomiot zrobił szybki obrót wokół własnej osi i cisnął nimi w okno. Trafił. Szafa była zrobiona z bardzo solidnego drewna, także drzwi nie miały najmniejszego problemu z rozbiciem szyby. Kawałki poleciały prosto na człowieka w masce, który stał zbyt blisko, żeby zareagować. Dawid widział jak ułamki szkła wbijają się w jego ciało, poprzedzając uderzenie ciężkimi drzwiami. Maska spadła. Dawid wyskoczył z domu przez okno.
- Skurwysynie! - Splunął na człowieka w masce i obrał za kierunek najbliższy płot.
Niestety, cały plac obstawiony był ludźmi stojącymi w zwartym szeregu niczym ogniwa łańcucha, który odciął działkę od reszty świata. Pewność siebie zaczęła opuszczać Dawida równie szybko, jak szybko przeszyła go adrenalina nakazująca walczyć do końca. Gdzie teraz?
Piwnica. Piwnica nie była pilnowana. Dawid nie miał czasu myśleć o tym, dlaczego tak jest. Natychmiast ruszył przed siebie, na tyle szybko, na ile pozwalał ten wypalający zmysły upał. Jeszcze jakiś pieprzony komar ugryzł go w szyję.
Wydawało mu się, że biegnie w zwolnionym tempie, lecz dotarł do piwnicy zanim pojawił się przy nim ktokolwiek, kto mógłby próbować go powstrzymać. Wpadł do środka w taki sposób, że gdyby klamka nie ustąpiła, to by pewnie się połamał na samym wejściu. Już w środku potknął się o wejście i przeturlał do przodu, boleśnie zcierając skórę z ręki o surowy beton. Nawet nie czuł bólu. Poczuł za to, jak wielki błąd popełnił, wbiegając do pomieszczenia bez drugiego wyjścia. Co miał teraz zrobić?
- Dawid... - to był mężczyzna w masce. Bardzo poraniony, ale wyglądał, jakby nie miał czasu na bycie przejętym swoim stanem.
- Czy możemy zacząć nasz rytuał? Musisz zrozumieć, jest późno, a niektórzy mają daleką drogę do domu, do swoich rodzin, rano do pracy. Chyba nie chciałbyś, żeby Generał Franco znowu zniszczył nam nasz piękny kraj, prawda?
Coraz więcej ludzi wchodziło za nim do piwnicy. Żadne sztuczki nie mogły już Dawidowi pomóc. Nie odpowiedział nic na prośbę człowieka w masce. Wewnętrzne zwierzek, szukając wyjścia z potrzasku, podsunęło mu jeszcze jeden pomysł. Złapał za śmierdzące szmaty z półki w zasięgu ręki i rzucił nimi w kierunku tłumu. Nie czekając na reakcję, pobiegł do ukrytego pomieszczenia, przy którym szczęśliwie nikt nie stał. Udało się. Wbiegł i kolejny raz zabarykadował się stojącą obok szafą. Coraz sprawniej mu to wychodziło. Dla pewności przesunął jeszcze jedną z lodówek. Natychmiast też rozpoczęły się ataki na drzwi i, zaraz za nimi, przekleństwa wynikające z niepowodzenia. Dawid z roztargnienia chciał pomasować wcześniejsze ukłucie komara, które wciąż cholernie go swędziało. Ręką wymacał strzałkę, która wbiła się w jego ciało. Z przykrością stwierdził, że była pięknie wykończona, czuć było ręczną pracę i dbałość o detale, takie jak wzorki na piórkach i fantazyjne przycięcia materiału. Chyba nie był zatruta, bo wtedy już by coś poczuł, prawda?
No więc była zatruta. Zaraz to poczuje.
***
Dobra, ale co teraz? Dawid wiedział już, że z tego pomieszczenia też nie ma wyjścia. Uderzenia w drzwi nagle ustały i zastąpiły je gorączkowe rozmowy. Mężczyzna w masce krzyczał rzeczy w stylu,
- Dlaczego my nie wiedzieliśmy o tym miejscu, przecież spotykamy się tutaj od lat?!
- Musimy go wyciągnąć, bo jak narkotyk zacznie działać, to już będzie za późno!
- Spróbujcie znaleźć coś, co można użyć jako taranu!
- Zostało nam niewiele czasu, przecież to może się skończyć katastrofą dla całego kraju, szybciej!
- Dawid… wciąż tam jesteś? Bardzo ciebie prosimy. Wyjdź proszę, bo inaczej cały kraj będzie cierpiał… Dawid? Słyszysz mnie?
Dawid słyszał, ale przestał zwracać na to uwagę. Był skupiony na swojej ręce, która zaczęła mu się rozmywać, falować, przycinać jak wizja w starym telewizorze. Na ten widok śmiał się jak opętany. Tam była jednak trucizna, pomyślał i zaczął machać rękami jak skrzydłami.
Mężczyzna w masce rozglądał się panicznie po pomieszczeniu, wybiegł też na zewnątrz i szukał inspiracji, co zrobić. To było za dużo na jego nerwy. Nie nadawał się do tej roboty. Nie to, co jego dziadek, prorok, który otrzymał boską wizję o nadejściu złego ducha Generała Franco i instrukcję, jak do tego nie dopuścić. Jak jego ojciec, policjant, który zawsze miał dostęp do ofiar i zero skrupułów. On sam lubił siłownię, był naprawdę dobrym trenerem personalnym. Ale ojciec miał to w poważaniu. Mówił, “Javier, mam to w dupie, nie będzie Hiszpania skazana na potępienie przez Twoje samolubstwo. Od ponad czterdziestu lat robimy co możemy z dziadkiem, i teraz nadeszła Twoja kolej. Słyszałem, że jakiś dwóch durniów zamieszkało w Belchite, uwierzysz w to? Przecież tam żywej duszy nie ma. No, ale przynajmniej nie musimy nikogo szukać. Chciałem powiedzieć: „Ty nie musisz nikogo szukać.”
Najgorszy w tym wszystkim był widok bezradnego Dawida otoczonego w jego własnym pokoju, kompletnie załamanego. Javier sam wtedy czuł paraliżującą tremę, jak aktor przed pierwszym profesjonalnym występem. Tylko takim z prawdziwą krwią. Nie miał sumienia, by zrobić to co miał zrobić i stał tak, niczym jakiś posąg, zamiast rozpalać poczucie nadchodzącej zagłady w sercu ofiary, co by ta była idealnie przygotowana do rytuału. W jak wielkim szoku był, gdy ostatecznie ta owieczka czekająca na rzeź zaatakowała go i uciekła. Wściekły ojciec zdążył go dosięgnąć Zmiękczaczem Mięsa, ale teraz to działa tylko na naszą niekorzyść. Dobra robota ojciec. Jakim cudem my nigdy nie znaleźliśmy tego pokoju? Tyle pytań i problemów, a do północy już niewiele czasu. Mam tego dość, i dlaczego w tym Belchite jest taki upał?
***
- Kurwa mać, mamy piętnaście minut - krzyknął jego ojciec, wyrywając Javiera z letargu.
- Tato… - Javier zdjął maskę, która okrutnie męczyła go w tym upale.
- Javier, to wszystko Twoja wina! Czy Ty rozumiesz, że zaraz będzie po wszystkim? Za kilkanaście minut niebo zmieni barwę na krwistą czerwień i ten jebany Franco zrzuci na nas całe zastępy fantasmas, które rozerwą nas na strzępy!
Jak niby Javier mógłby zapomnieć o jednym z najważniejszych elementów każdej dobranocki opowiadanej mu przez dziadka? Fantasmas rozrywające na strzępy ciała żywych.
- Ja to wszystko pamiętam tato. I chyba wiem co muszę zrobić. Strasznie mnie zmęczył ten upał. Tato, ja naprawdę nie chciałem tego wszystkiego - to mówiąc Javier wyjął zza przepaski rytualny sztylet i podciął sobie nim gardło.
Krew tryskała miarowo z powoli gasnącym pulsem serca Javiera. Obryzgała jego ojca i wszystkich obserwatorów, którzy podeszli, by zobaczyć, co się działo z nowo wybranym Szamanem.
Ojciec Javiera nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Cisza trwała nienaturalnie długo. Opadł w końcu na kolana i na czworaka doczłapał do zwłok syna. Krzyczał ku niebu, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Łzy spływały mu po policzku. Nie rozumiał tego. Przecież Javier powinien wiedzieć, powinien pamiętać, że ofiarą może być tylko ktoś czysty, nienaznaczony wiedzą o tej pierdolonej przepowiedni. Co ten dzieciak najlepszego zrobił? Co on powie jego matce? Jak on mógł sobie podciąć gardło na weekendowym wypadzie na ryby?
- Święty Ojcze Szamana, Diego… - zwrócił się ku niemu jeden z gapiów.
- Czego!? – przez łzy wydobył z siebie jedynie rozpaczliwe warknięcie.
- Jest dwadzieścia minut po północy, nie ma czerwonego nieba, nie ma Franco, nie ma rozrywających nas na strzępy fantomas. Co to znaczy?
Diego ostatnim spojrzeniem na syna chciał wypełnić pustkę, którą będzie czuł w sercu aż do końca życia. Następnie skierował wzrok na zadającego mu pytanie członka jego stowarzyszenia Niosących Nadzieję. Nic się nie wydarzyło. Czy to znaczy, że przepowiednia… nie.
Diego wstał z kolan, cały skąpany w krwi syna. Twarz nagle nabrała ostrych rysów. Nabrał w płuca powietrze nowego dnia.
- Mam wspaniałą nowinę - krzyknął do wszystkich zgromadzonych.
- Przepowiednia była dla nas wyjątkowo łaskawa i zaakceptowała ostateczną ofiarę mojego syna, naszego Szamana, Javiera. Radujmy się bracia. No bajes a la tierra, hijo de puta!
Członkowie Niosących Nadzieję spoglądali nieufnie na siebie nawzajem, szukając zrozumienia tego, co się właśnie wydarzyło. Szybko jednak stwierdzili kolektywnie, że jest dobrze. Nie, jest wspaniale, i wszyscy jak jeden mąż zaczęli wiwatować.
***
Dawidowi w końcu znudziło się latać jak ptak po pokoju. Poczuł straszny głód. Niestety, żadna lodówka nie zawierała niczego, co można by zaakceptować choćby jako marną namiastkę jedzenia. Zrobiło mu się strasznie smutno. Nie z powodu tego, że za drzwiami czekała na niego śmierć, po prostu bardzo by zjadł jakiegoś schabowego. Nie jadł żadnego od momentu wyjazdu z Polski. Kiedy to było? Miesiąc, dwa, rok? Już nie pamiętał. Głód nagle ustąpił nowemu uczuciu. Potwornie się nudził. Ile to jeszcze potrwa, zanim wymyślą, jak tu wejść i rozszarpią go na kawałki. Może chociaż poczyta w oczekiwaniu na koniec?
Dawid zajrzał do jednej z książek, zapominając, że nie był w stanie rozszyfrować tych bazgrołów znajdujących się wewnątrz każdej z nich. Zajrzał do tej samej, od której rozpoczął ostatnim razem. Książka, której okładka była poświęcona kreaturze podobnej do wilka. Miała karykaturalnie powykręcane wszystkie kończyny. Groteskowy obrazek, który jeszcze bardziej przyciągał uwagę odurzonego narkotykami Dawida. Jakże był zdziwiony, kiedy wewnątrz zaczął widzieć znajome litery alfabetu łacińskiego. To musiały być litery alfabetu łacińskiego, tylko w wielkim powiększeniu, każda strona przedstawiała jakby część wyrazu, część jednej, bądź kilku liter. Dawid zaczął gorączkowo otwierać kolejne książki. Tak jak zaczął podejrzewać, różne książki miały inne fragmenty liter i wyrazów. Nuda umarła. Dawid kochał puzzle. Kopnął na bok łóżko ze szmat by przeznaczyć podłogę na podkładkę na kolejne elementy układanki. Bawił się znakomicie i czuł się wspaniale, zupełnie nie jak człowiek zamknięty w śmiertelnej pułapce.
Z każdą ułożoną literą Dawid zaczynał przekonywać się, że chyba wie, gdzie zmierza ta układanka. Z każdą ułożoną literą czuł włosy jeżące się na rękach i zimny pot powoli ściekający po szyi. Kiedy położył ostatni element, groza i koszmar, który stanął mu przed oczami sprawiły, że momentalnie otrzeźwiał.
“ZEJDŹ NA ZIEMIĘ”.
Kilka sekund po ułożeniu ostatniej książki-puzzla, Dawid poczuł zmianę w powietrzu. Gdyby nie wiedział lepiej, że w tym piekle nie może być świeżego powietrza, to by pomyślał, że właśnie to czuł. Następnie tusz z książek zaczął świecić niebieskim, fluorescencyjnym kolorem. Książki uniosły się w powietrze, każda zwrócona okładką ku Dawidowi. Kolor zaczął intensywnie świecić i się zmieniać. Niebieski, czerwony, zielony, żółty, purpurowy. Nagle stał się na powrót czarny i książki opadły bez życia na podłogę. Koniec przedstawienia, pomyślał Dawid. Wtedy też gwałtownie otworzyły się lodówki, a ich zawartość, kurze kości, wzniosły się w powietrze i zaczęły wirować w czymś na kształt miniaturowej trąby powietrznej. Po czymś na kształt minuty trąba zmieniła się w powietrzną kulę, która nabrała przyśpieszenia i wyważyła drzwi.
Następnym, co Dawid poczuł, był jazgot. Karykaturalne wrzaski zarzynanych istot o brzmieniu równie nienaturalnym, co wywołującym odruchy wymiotne. Szukając źródła Dawid w końcu wyszedł z tajnego pomieszczenia, by zobaczyć jak żywe wersje zwierząt z okładek książek wygrzebywały się spod szmat i reszty śmieci w piwnicy. Wypatrzył wilka, który dalej miał wykrzywione kończyny, ale mimo tego posuwał się do przodu. I to całkiem sprawnie, co sprawiało, że wyglądał jak żywy tani efekt specjalny. Tak bardzo nie na miejscu, że musiał być z innej rzeczywistości. Gdzieś indziej zaryczał niedźwiedź, w innym kącie wygrzmiało coś, co brzmiało Dawidowi jak stworzenie o trzech paszczach.
Wilk spojrzał na Dawida, który mógłby przysiąc, że widział łzy w oczach stworzenia, i minę błagającą o ulgę w cierpieniu. Skinienie głowy musiało oznaczać, że wilk rozpoznał go. Zawarczał, a Dawid poczuł chłód przynoszący skojarzenie z mroźną nocą i wędrówką przez nieznane tereny. Chyba po raz pierwszy, od kiedy tu przyjechał, zapomniał na chwilę o upale. Pozostałe stworzenia odpowiedziały podobnie ochrypłym charczeniem i zaczęły mozolną wędrówkę na powierzchnię.
- Czekajcie! - krzyknął w obawie o to, co się wydarzy dalej, pamiętając o tłumach uzbrojonych i żądnych ofiary fanatyków.
**
W momencie, gdy wybiegł na zewnątrz trafił w sam środek masakry. Już przy samym progu potknął się o część człowieka i wpadł twarzą do kałuży jeszcze ciepłej krwi. Podniósł się na kolana. Miał wrażenie, że powietrze nabrało koloru purpury. Groteskowe kreatury urządziły sobie polowanie na zebranych na placu ludzi. Poruszały się niezgrabnie, szkaradnie wręcz, potykając się, czy wręcz przelewając się przez siebie, tworząc momentami jakby większe obślizgłe organizmy. Mimo to bez problemu dopadały kolejne ofiary, które traciły rozum z przerażenia i tylko wyły, jak zarzynane zwierzęta. Widział jak jego znajomy wilk pije krew prosto z szyi kogoś, kto musiał być wcześniej jego prześladowcą w masce z rogami z gałęzi. Chodziła tu też zwyrodniała wersja zwierzęcia z rogami, niosąc na nich nabitą kobietę z szeroko otwartymi ramionami i wyrwaną klatką piersiową. Dawid nie rozumiał, dlaczego był ignorowany przez te wszystkie koszmary, ale nabierał podejrzenia, że musiało to mieć coś w związku z faktem, że to on je przywołał. Czy one potraktowały tą krwawą kaźń jako nadane im zadanie przez tego, który ściągnął je do tego miejsca? Kilka zwierząt domowych, krowa, koń, pies, rozrywały innego mężczyznę ciągnąc każdą jego kończynę w inną stronę. Był też ten trzygłowy potwór, który złapał w każdą paszczę po ofierze, by następnie wzbić się w powietrze na poszarpanych skrzydłach, i odlecieć w kierunku księżyca. Dawid złapał na chwilę kontakt wzrokowy z innym koszmarem, który kształtem przypominał słonia, tylko cała jego skórka poruszała się, jakby był stworzony z mniejszych organizmów, albo nie mógł złapać ostrości na tym świecie. Monstrum wyraźnie uśmiechnęło się w jego kierunku, po czym rozpłynęło się w powietrzu.
Powierzchnia placu przypominała podłogę w pracowni perwersyjnego lalkarza, który porozrzucał części ciał lalek, by później na nie zwymiotować i oblać to wszystko czerwoną farbą. Dawid widział już dostatecznie dużo, wycofywał się na czworaka w kierunku domu. Idąc tak na oślep wpadł na miękką masę. Był pewny, że to kolejne rozczłonkowane zwłoki, jednak usłyszał głos. Odwrócił się. To był starszy mężczyzna o budowie ciała podobnej do mężczyzny w masce. Nie rozumiał słów, ale nie musiał rozumieć, by wiedzieć, że słyszy prośbę o pomoc, ayudo, i, że nazywa się Diego, i coś jeszcze o Javierze, kimkolwiek on był. Płakał i trzymał ręce w błagalnym geście. Złapał Dawida za nogi, by nagle znieruchomieć. Przez jego gardło przegryzł się wąż, by na chwilę nieść jego twarz jak maskę. Trwało to moment, bo zniknął w reszcie krwawego krajobrazu, tak szybko jak się pojawił.
Po tym widoku Dawid krzyczał. Krzyczał ile tylko miał sił w płucach. Obrazy makabry i obrzydliwości wirowały mu przed oczami z coraz większą prędkością, aż przestały być czytelne i stały się tylko czerwono-purpurowym wirem, który kręcił się i kręcił, aż w końcu zmienił się w czerń, a Dawid poczuł uderzenie w głowę. I przestał cokolwiek czuć.
***
Wstał wraz z pierwszymi promieniami słońca. Było mu chłodno i tego uczucia umysł kurczowo się trzymał, próbując za wszelką cenę zapomnieć o ostatnich godzinach. W końcu Dawid nieśmiale rozejrzał się dookoła. Nie widział jednak żadnych ciał, tylko odrobinę krwi, zupełnie jakby ktoś tu posprzątał. Czuł za to w powietrzu woń śmierci i ekskrementów, co było niezbitym dowodem, że to wszystko to nie był jedynie koszmar. Przyszło mu zaraz do głowy, że całkiem dobrze pamięta, że do najbliższego hotelu miał jedyne dwadzieścia kilometrów. Nie wiedział w którą stronę, ale chyba w tym momencie nie miało to większego znaczenia. Dawid wszedł do domu, wziął prysznic, zmienił ubrania, znalazł portfel, wypił łyk wody prosto z kranu i wyszedł. Najpierw z domu, później z działki. Następnie wyszedł z miasta. I szedł przed siebie. Dwadzieścia kilometrów brzmiało całkiem nieźle, po takiej nocy przyda mu się trochę ruchu.
EPILOG
Kilka kilometrów za miastem Dawid beznamiętnie szedł jedyną drogą, jaką znalazł. Możliwe, żeby była to nawet ta sama, którą tu przyjechał. Upał znowu stał się niemożliwy do zniesienia. Z wycieńczenia ledwo przebierał nogami. W jego oczach można by dostrzec jedynie pustkę. Wtedy też dostrzegł nadjeżdżający samochód, który zatrzymał się obok niego. i wyszła z niego kobieta, która zaczęła do niego mówić. W kaleczący język sposób odpowiedział, że nie zna hiszpańskiego, że tylko angielski, lub polski.
- Polski? To ty musisz być Adrian! Jechałam właśnie do ciebie z małym klimatyzatorem, który dostaliśmy ze zwrotu, pomyślałam, że tobie się przyda. To jak z tym Twoim parapetem?
„Skurwysyn nie zmyślił tego.”
- Camila, nie jestem Adrianem, ale jak podwieziesz mnie gdziekolwiek, byle nie w kierunku z którego przyszedłem, to chętnie ci o Adrianie coś opowiem.
***
Belchite. Naprzeciwko działki, która była świadkiem prawdziwej makabry, o której nikt nigdy się nie dowie, na ławeczce siedziało kilku starców. Śmierdzieli potem. Gdyby ktokolwiek oglądał ten obrazek, może byłby zaskoczony widząc, że jeden z nich wyjął z brudnej torby laptopa. Gdyby zajrzał starcowi przez ramię, mógłby zauważyć, jak ten wchodzi na wyjątkowo paskudnie zrobioną stronę Internetową z ogłoszeniami o nieruchomościach i klika na przycisk “umieść ogłoszenie ponownie.”
KONIEC
EPILOG II
Dawid jechał z Camilą samochodem w kierunku lotniska. Po wysłuchaniu historii o zdradzie i szkaradnych morderczych kreaturach, Camila stwierdziła, że Dawid potrzebuje pomocy. Hiszpańscy psychiatrzy nie daliby rady tym wszystkim fantasmagoriom wymieszanym z barierą językową więc zdecydowała się pomóc mu wrócić do Polski.
Po jakimś czasie minęli przedziwny wypadek. Tuż przy poboczu stała taksówka, która wyglądała, jakby była rozszarpana przez olbrzymie zwierzę. Ślady pazurów były przerażająco wielkie. Zatrzymali się, Camila wyszła z auta, by sprawdzić, czy może komuś jeszcze pomóc. Kierowca wciąż siedział za kierownicą, brakowało mu tylko głowy i części klatki piersiowej. Na ten widok Camila momentalnie zwróciła zawartość żołądka na pobocze. Przez łzy dostrzegła coś jeszcze.
- Dawid, zobacz, tam ktoś idzie! - Camila pokazała przed siebie i rzeczywiście, kilkadziesiąt metrów od wraku w przeciwnym kierunku szedł człowiek, zostawiając za sobą ślady krwi.
Dawid spojrzał za palcem Camili. Zobaczył postać i doskonale wiedział kto to. Adrian. Przesiadł się na miejsce Camilli, by odpalić auto i ruszyć przed siebie. Jechał tak, aż poczuł, jak samochód podskakuje. Zatrzymał się, dla pewności wrzucił wsteczny. Przejechał kawałek do tyłu, aż samochód ponownie dwukrotnie podskoczył. Zatrzymał się. Wrzucił bieg i pojechał do przodu. Znowu takie same podskoki. Zawrócił i pojechał po Camilę. W końcu to jej samochód.
